Rozdział 3
- ,, Nie zostało nic więcej do stracenia. Słychać głos w powietrzu mówiący "Nie oglądaj się za siebie, nie masz gdzie". Ten głos zawsze tam jest.’’
- ,, Nie zostało nic więcej do stracenia. Słychać głos w powietrzu mówiący "Nie oglądaj się za siebie, nie masz gdzie". Ten głos zawsze tam jest.’’
- ,,Oh, nie słyszysz mojego płaczu. Zobacz, jak moje
marzenia umierają. W tym miejscu w którym stoisz. Samotnie. Jest tutaj tak
cicho, I jest mi tak zimno,Ten dom dłużej nie pozostanie moim domem’’.
20 Kwietnia 2015 roku.
Przez okna od jego pokoju, przedzierał się delikatny choć nie widoczny promień słońca, dzisiejszy dzień zapowiadał się naprawdę pięknie, za oknem można było usłyszeć śpiew ptaków odgłosy roześmianych dzieci, nastolatków a nawet dorosłych wracających ze szkoły bądź też pracy on jednak nie mógł tego dostrzec gdyż wzgląd na świat ograniczały mu długie niemalże do ziemi opuszczone rolety które sam spuścił gdy tylko się obudził.
Nadal był jeszcze w piżamie, a jedzenie które przygotowała mu mama rano wychodząc do pracy zostało nietknięte, nie wziął ani kęsa gdyż w ogóle nie odczuwał głodu, nie czuł po prostu już niczego i było mu naprawdę wszystko jedno czy coś je czy też nie.
Wczoraj, słyszał jak mama rozmawiała z jego nauczycielką przez telefon, po jej głosie i po tym co mówiła można było wywnioskować że jest załamana jego stanem i tym że cały czas siedzi w zamknięciu, ale nawet się tym nie przejął jak niczym innym, słyszał też jak wspomina coś o psychologu w najbliższą środę, potrząsnął przecząco głową sam przed sobą, ani mu się śni tam iść, nie ma zamiaru z jakąś obcą kobietą, czy też mężczyzną rozmawiać na temat swojego smutku po stracie ukochanej co ich to obchodzi? No właśnie, nic bo to nie jest ich sprawa jakby tam poszedł, to pogadali by mu trochę coś w stylu ,, masz się trzymać’’, ,, musisz iść dalej’’, i to wszystko po prostu odbębnili by swoją robotę to wszystko.
Westchnął, spoglądając w stronę jedzenia, które przez czas w którym leżało na talerzu zrobiło się naprawdę nieapetyczne.
‘’ Malutka, powiedz mi proszę, czy kiedyś będzie lepiej? Czy przestanę czuć ten smutek? Boże Courtney, ja tego nie zniosę rozumiesz? Nie zniosę’’.
Powiedział, sam do siebie, po czym spojrzał na ich wspólne zdjęcie wiszące na korkowej tablicy, na ścianie, przy biurku, odwrócił swój wzrok w bok, długie, ciemne włosy zasypały całą jego jasną poduszkę, a uśmiech sprawił że on sam zaczął się uśmiechać’’.
‘’ Wiem, porozmawiajmy, Kochanie proszę chodź tu do mnie, słyszysz chodź Ross’’.
Jej dłoń wysunęła się na wysokości jego dłoni, jednak ten nie chwycił jej tylko po prostu zamknął oczy.
,, Uspokój, się, przestań wariować co Ty masz w tym swoim mózgu’’.
Powiedział, znowu sam do siebie, po czym nagle usłyszał dzwonek do drzwi, otworzył oczy i rozejrzał się po pokoju, nikogo w nim nie było, nie było jej, po chwili usłyszał jak drzwi otwierają się nawet się nie ruszył jedyne co to usiadł na łóżku wpatrując się w drzwi od swojego pokoju wyczekująco.
20 Października 2014 roku.
Na ulicy było głucho, i ciemno jedynie lampy uliczne dodawały blasku tej strasznej nieznanej nocy, westchnął.
Pewnie dostanie burę w domu, było dobrze po 23 a on wracał dopiero do domu prawie w środku tygodnia, dlaczego mama nie może go zrozumieć, przecież był z Courtney szedł co chwila spoglądając w telefon.
‘’ Przepraszam, to moja wina, mama pewnie będzie na Ciebie zła, nie lubi mnie wiem o tym, tak bardzo chciałam spędzić z Tobą tę noc, Twoje ciało jest takie piękne, Boże trafił mi się anioł’’.
Po przeczytaniu wiadomości od Courtney, mimo, odrobinę zepsutego humoru jego kąciki ust mimowolnie się uniosły składając się na przyjemny uśmiech.
‘’ Nie, to, nie Twoja wina wiem ja też i proszę nie mów tak to Ty jesteś piękna, najpiękniejsza jesteś najpiękniejszą dziewczyną jaką znam, i uwielbiam każdy najmniejszy kawałem Twojego ciała Księżniczko moja’’.
- Ale to szaleństwo, nie, nie róbmy tego.
Głos, Laury, wyraźnie drżał i był pełen obaw.
- Posłuchaj, to, pomoże zrobi się zadyma on będzie miał urazę i przez to zerwie z Courtney, w ogóle to oni są razem czy jak?
Powiedziała, pytająco Rydel wpatrując się znacząco na Laurę obok nich stał Riker oblizujący swoje usta jak po najsmaczniejszym lodzie.
- Nie, wie, chyba może Ross prawie z nikim nie rozmawia nienawidzę tej szma*y.
Powiedziała i aż z nerwów zacisnęła swoje drobne dłonie w pięści, nigdy nie spodziewała się że potrafi być tak zawistna i tak zazdrosna.
- Dlatego, musimy, ją wyeliminować.
Powiedziała znacząco Rydel, po czym kiwnęła na Rikera, który ruszył ciemną, oświetloną jedynie ulicznymi lampkami ulicą.
- Czekaj, nie.
Wyrwała Laura, jednak ten jej już nie usłyszał, był zbyt daleko.
- Będzie, dobrze.
Rydel, położyła, dłoń na ramieniu dziewczyny i poklepała je, Laura nie była przekonana co do tego pomysłu, chciała wyeliminować Courtney, ale nie kosztem Rossa, westchnęła bezgłośnie stojąc w miejscu, nawet nie drgnęła.
,, Jesteś, moim, aniołkiem, i nie zaprzeczaj jesteś cudowny, jesteś jedynym powodem dla którego w ogóle wstaję rano, bez myśli jaka to jestem beznadziejna, kochanie jesteś dla mnie wszystkim, jesteś wszystkim co mam i chcę już zawsze być z Tobą rozumiesz’’.
Ross, nie potrafił nie iść, z radością Courtney, była taka kochana, szczera i prawdziwa w tym uczuciu on sam chciał byś z nią już zawsze nigdy wcześniej czegoś takiego nie czuł.
‘’ Będę, już zawsze z Tobą, obiecuję Myszko’’.
Wysłał, po czym po chwili, poczuł czyjeś kroki za sobą, wcześniej ich nie było, albo po prostu ich nie usłyszał bo był tak rozmarzony i zamyślony, na wiadomości od Courtney, nie obejrzał się za siebie, tylko przyśpieszył i szedł dalej, z nadzieją że owe kroki ucichną, jednak było wręcz przeciwnie czuł jak przyśpieszają wraz z przyśpieszeniem jego kroków, ale po co? Czy ktoś go śledzi? Nie, to nie, możliwe, może był po prostu już tak, zmęczony że to mu się zdawało, skręcił w prawo jednak kroki cały czas były słyszalne, ten skrót którym szedł teraz prowadził jedynie do jego domu, no i jeszcze do tego małego sklepiku na rogu ale po co ktoś miałby iść do zamkniętego sklepu tak późno w nocy, zaniepokoił się.
Odliczał, kroki, były takie równe, czuł przypływe nerwów i stresu ogarniający całe jego ciało, przez co ciężej oddychał i bardziej zwalniał.
- Stój.
Usłyszał jednak, głos wydawał mu się być znany, odwrócił się to był Riker Ross odetchnął z ulgą.
- Riker? Co Ty się tak skradasz, niezłego, pietra mi narobiłeś co tak łazisz sam po nocy?
Ross posłał mu przyjemny uśmiech, Riker go wręcz uwielbiał, był taki słodki i niewinny, przysunął się.
- Riker co Ty?
Powiedział Ross i zmarszczył delikatnie, swoje brwi na co ten bez owijania w bawełnę chciał przejść do rzeczy, złapał Rossa za dłoń tak mocno że chłopak wręcz uderzył o ścianę.
Początkowo, myślał o jakiś podchodach, ale po co nie miał na to zupełnie czasu.
- Riker, co Ty wyprawiasz, puszczaj mnie.
Ton głosu Rossa wyraźnie, zaczął się unosić, ale on na to nawet nie zareagował, chciał się po prostu w niego wbić tak teraz i tutaj, bez zbędnego tłumaczenia, zwłaszcza gdy dostał na to pozwolenie, może nie od samego zainteresowanego, ale dostał szarpnął go i odwrócił przodem do ściany.
- Cicho, bądź, to potrwa tylko chwilkę obiecuję.
Riker gwałtownie rozpiął swój rozporek a Ross, sprzedał u uderzenie w brzuch jednak chłopak nawet nie drgnął jakby był zrobiony ze stali, sprzedawał mu zbędne uderzenia raz po razie, Riker zaczął odchylać jego spodnie, Ross wrzasnął przeraźliwie, z spodni wypadł mu telefon.
Nie mogła wytrzymać, wybiegła w miejsce, zostawiając Rydel mimo próśb i błagań, w tyle przecież ten pomysł był chory, przecież to jest podłe, co ona zrobiła na co ona się zgodziła.
Słysząc, te, krzyki i uderzenia, jakieś nie wiadomo, jakie prawie umarła zmroziło jej krew w żyłach zarzuciła na nogi buty i kurtkę po drodze wybiegła, nie potrafiła biegać szybko i mimo że czuła ból brzucha, i zasychało i bolało jej w gardle biegła ile sił przez ciemną ulicę, rozglądając się skręciła w prawo, czuła ucisk i ból w sercu.
Może, umarł chyba był już blisko, bo brakowało mu tchu, i siły trząsł się jak małe niewinne dziecko, wpatrując się w niebo pełne gwiazd, mimo to dalej krzyczał, krzyczał tak przeraźliwie i głośno mimo że był już bezpieczny.
- Kochanie, Ross, maleństwo, moje jestem tu.
Czuła jak się trzęsie i jak wzdryga, nie mogąc złapać powietrza, sama ona nie mogła oddychać, a jej oczy były całe zalane łzami.
- C.., Courtney.
Powiedział, dukając, przycisnął ją mocno, nie kontaktował.
Riker natomiast uciekł, choć tak naprawdę, nic jeszcze nie zdążył zrobić, przerażenie Rossa go sparaliżowało do tego stopnia że miał poczucie winy, chłopak stracił przytomność, a ten po prostu spanikował, ale przynajmniej przez sekundę miał jego ciało na wyłączność, przez sekundę on był jego i tylko jego, tak przez sekundę i tego się powinien trzymać i na tym poprzestać.
Laura była zdumiona, niemość że przyczyniła się dp czegoś strasznego, z czego, sobie wcześniej nie zdawała nawet sprawy, to jeszcze nic to nie dało, Ross był w objęciach Courtney, oboje byli tak blisko siebie, miała ochotę sięgnąć za ten kamień leżący na chodniku, i rzucić jej nim w głowę, jednak po chwili na nią rzuciła się Rydel, na co ta jedynie powiedziała co strasznego chciały zrobić, i jak głupie były, po czym obydwie zniknęły za murem.
Gładziła, go po głowie, wpatrując się w niego niczym w najpiękniejszy obraz świata.
- Cieszę, się że Twoja mama, nie jest na mnie wściekła, ale powinieneś powiedzieć prawdę.
Powiedziała stanowczo, zawsze taka była jeśli chodziło o niego.
- Myszko, cichutko, to nie ważne nic się nie stało, nie wracajmy do tego, dobrze?
Courtney jedynie, przytaknęła po czym pocałowała czule jego policzek i pogładziła go a potem czuwała przy nim, całą noc, czuwała nad swoim, małym Skarbem, który przez swoje piękno, i przez swój ideał sam stwarza sobie tym zagrożenie, dla własnego życia, i bezpieczeństwa.
20 Kwietnia 2015 roku.
- Dlaczego, nie, otwierasz?
Głos Caluma, był, wyraźnie oburzony jednak widząc zupełny brak obecności Rossa w rzeczywistym świecie jedynie uśmiechnął się blado, po czym spojrzał na niego i postawił na jego kolanach małą torebeczkę.
- Nie, mam, dziś urodzin.., nie ma jeszcze grudnia prawda?
Powiedział, Ross, bez przekonania na co Calum pokręcił przecząco głową.
- Nie, nie ma.., ale pomyślałem, że przyda Ci się Twój stary, przyjaciel no sprawdź co to.
Powiedział, Calum, na co Ross bez większych emocji, neutralnie włożył swoją dłoń do wnętra torebki, i wyczuł w niej coś miękkiego, chwycił za to i wyciągnął.
Był, to mały, różowy Prosiaczek, ulubiona pluszowa zabawka Rossa z dzieciństwa chłopak dzięki niej poznał Caluma swojego najlepszego przyjaciela, to on mu ją podarował kiedyś, i dzięki temu się zaprzyjaźnili, i potem już każdy czas spędzali razem.
- Wiem, nie, ten sam bo tamtego oddałeś, ale pomyślałem.
Calum zawahał się spoglądając uważnie na Rossa.
- Pamiętam.
Powiedział, chłopak, i zaśmiał się cichutko ledwo słyszalnie po czym zmarszczył swoje brwi by powstrzymać łzy schował twarz w dłoniach gryząc swój język mocno, kilka razy.
- Ross…, ej wiesz że przy mnie, nie musisz udawać no już, płacz jeśli tego właśnie potrzebujesz, nie ukrywaj swoich emocji, przede mną, i w ogóle nigdy ich nie ukrywaj.
Powiedział, siadając, przy nim i biorąc małego, pluszowego Prosiaczka w swoją dłoń pokręcił jego główką na boki.
- Ejj.., a dlacego, płaczesz, może pójdziemy się razem pobawić, i ulepimy zamek z piasku.
Powiedział, dziecinnym, tonem głosu podszywając się za Prosiaczka, na co Ross, westchnął, i przytaknął mechanicznie głową czując to nieprzyjemne drżenie swoich kącików, ust i brody.
- Tak.., ale powiedz mi.
Zaczął.
- Tak?
Rzekł Calum, nadal podszyty za Prosiaczka.
- Dlaczego, to, tak boli.., dlaczego strata bliskiej, mi osoby tak bardzo boli.., czy to kiedyś przestanie?
Na słowa Rossa, Calum dłonią prosiaczka pogładził go po policzku przytakując jego główką, po czym odłożył go na bok i przytulił mocno do siebie na co Ross, bezwładnie opadł w jego ramiona.
- Przestanie obiecuję, przestanie, niedługo.
Wyszeptał, mu, do ucha trzymając go mocno w swoich objęciach swoją dłonią pogładził po po włosach i po szyi z tyłu.
- Mój, malutki, bezbronny Prosiaczku, mój..