niedziela, 2 października 2016

Rozdział 6 Kryjówka.


Cześć kochani, w sumie to wiem, że nikt mi już tutaj nie pozostał, ale mimo wszystko chcę dokończyć swoje opowiadanie, nawet dla samej siebie.
Jeśli ktoś tu jest to dajcie znać, kolejny rozdział przygód Rossa i Courtney.
Zapraszam




‘’Kiedy miałem siedem lat.Moja mama powiedziała mi, idź, znajdź sobie jakichś przyjaciół, albo będziesz samotny, kiedy miałem siedem lat. To był duży, duży świat, ale myśleliśmy że byliśmy więksi, popychając siebie nawzajem do granic możliwości..’’



Rozdział 6

Uniósł, swoje brwi, do góry. Ucieszył się że, mama mu pozwoliła zostać jeszcze kilka minut samemu, bardzo lubił się bawić na świeżym powietrzu, zwłaszcza w takim miejscu jakim był plac zabaw, położony tuż przy oknach od jego pokoju, może i było to czasami trochę uporczywe, gdy w słoneczne wakacyjne poranki zbierały się dzieci grupkami, i szalały na huśtawkach, ślizgawkach czy też, kręciły się na karuzelach.
Chłopcy, czasami dokuczali dziewczynkom, gdy te przynosiły swoje ukochane lalki i bawiły się udając że są mamami.
On, natomiast bardzo często bawił się sam, nie wiedząc dlaczego nigdy nie miał odwagi podejść do żadnego z chłopców i razem z nim robić wyścigi samochodzikami, może po prostu dla tego że czuł że to go nie interesuje, sam w domu miał kilka samochodzików które zdążyły już się porządnie zakurzyć z powodu nie użytkowania.
Westchnął i odruchowo zmarszczył, swój drobny, malutki nosek zostały dwie minuty, mama zaraz zacznie go wołać na kolację, już widział jak wygląda zza okna i macha mu, by wracał jednak ten, odwrócił jedynie głowę i ruszył w inną stronę.
Zatrzymał się dopiero przy piaskownicy, gdzie leżało coś różowego.
Podszedł powoli i uklęknął na ciepłym piasku, pluszak. Pluszowy, prosiaczek ale, co on tutaj robi tak zupełnie sam?
- Zgrubiłeś się malutki?
Uśmiechnął się i wziął go swoimi, rączkami i otrzepał z piasku a potem przytulił.
- Mogę się Tobą zaopiekować jeśli chcesz.
Powiedział.
- Mama, zaraz daje kolacje i myślę, że nie zrobi kłopotu jeśli będziemy mieli jeszcze jednego gościa.
Pogładził, małego pluszowego, prosiaczka za uszkiem.
- A co Ty, tutaj, robisz z moim Prosiaczkiem?
Usłyszał, zza swoich, pleców odwrócił się i ujrzał troszkę wyższego niż on  sam chłopczyka o rudawych, troszeczkę rozczochranych włosach.
- Ja, ja.., myślałem że ktoś go tutaj zostawił.
Rudzielec, przez chwilę się nie odzywał, tylko wpatrywał się w twarzyczkę, mniejszego kolegi który trzymał kurczowo pluszaka. Nagle jednak ten odłożył go, tuż przy jego nogach i wstał, jednak zanim zdążył zrobić krok, poczuł jak rudy chłopczyk łapie go za dłoń.
- Czekaj.
Powiedział.
- Jak, chcesz to możesz, jak chcesz to możesz go sobie wziąć.
Wyszeptał.
- Co, ale, dlaczego chcesz mi go oddać, przecież, przecież on jest Twój.
Zanim, chłopczyk zdążył coś powiedzieć, tamten wyrwał się.
- Moja mama idzie, muszę już iść.
Szepnął ale rudzielec, uchwycił jego, rączkę i łapkę pluszaczka ciągnąc w głąb pobliskiego lasu, niewielkiego z kilkoma drzewami.
- Ej, ej, co Ty wyprawiasz puszczaj mnie.
Wypiszczał, mniejszy chłopczyk, patrząc na piegowatego, jak na zbuja.
-  Ciss..

Piegowaty, zasłonił małemu usta dłonią i wskazał na jedno z drzew.
- Tam mam swoją kryjówkę, gdy mama każe, mi wcześnie wracać do domu.
Chwycił dłońmi drzewo i wspiął się w dziurę w nim.
- Zwariowałeś? Nie wejdę tam.
Zbuntował się, mały jednak zaraz został wciągnięty do góry przez rudzielca, zastanawiał się skąd, ten piegowaty, nie szczególnie urodziwy chłopczyk ma tyle siły, może był super bohaterem?
Na samą myśl o tym, mały aż klasnął w swoje łapki.
- Jesteś super bohaterem?
Nie wytrzymał w końcu pełen fascynacji.
- Co? Nie, Ty po prostu, jesteś leciutki.
Powiedział rudzielec i zaśmiał  się cichutko ale, potem zaraz spoważniał. Skierował swoje,  błękitne spojrzenie, na przetarte kolano małego.
- Przepraszam.
Powiedział, wskazując, swoim małym palcem na ranę.
- Co? A, nic, się nie stało.
Odpowiedział mu i uśmiechnął się.
- Stało!
Rudzielec westchnął, musiał go otrzeć gdy, wciągał go na górę do siebie.
- Boli Cię?
Zapytał.
- Nie, nie!
Odpowiedział maluch i sięgnął po małego Prosiaczka.
- Tum, tum, tum, jaki Ty jesteś słodki.
Zaśmiał się a piegowaty chłopak, aż się, wyprostował.
- Co?
Szepnął.
- Co co? Mówiłem do Prosiaczka.
Wskazał tamten na różową główkę, zabawki.
- Aa, poczekaj.
Rudy, nachylił się dziwnie.
- Co? Co Ty wyprawiasz?
Złotowłosy chłopak zmarszczył swoje jasno brązowe brwi i skulił się.
- Słyszałeś że jak się pocałuje skaleczone miejsce, to wtedy, mniej boli?
- Serio?
Mały westchnął, na co rudzielec przytaknął i musnął jakby, ustami skaleczone miejsce, złotowłosego chłopaka.
- Dziwny jesteś.
Szepnął mu i podkulił nogę.
- Czemu?
Rudy niepewnie popatrzył na cukierkową twarzyczkę.
- Nie wiem.
Westchnął.
- Więc, nie jestem.
Odpowiedział, mu, przekonująco.
- Prawda Prosiaczku?
Dodał.
- Teraz, masz nowego opiekuna, bądź dla niego miły i grzeczny, zawsze go słuchaj.
Upomniał rudzielec i pokręcił delikatnie swoim paluszkiem. Na co mały zaśmiał się ale, zanim zdążył coś powiedzieć, usłyszał znajomy głos.


- To moja mama, odkryła Twoje miejsce.
Pisnął, zły.
- To, nasze miejsce.
Rudy chwycił go swoimi dłońmi mocno.
- Nasze miejsce.
Powtórzył mały ale, zanim zdążył się obejrzeć, już był na rękach swojej mamy która coś tam do niego mówiła, coś, krzyczała ale on nie słuchał trzymał kurczowo różowego Prosiaczka w swoich malutkich rączkach.
- Czekaj!
Powiedział Rudy.
- Nawet nie wiem jak masz na imię.
Zawołał, rozpaczliwie, za nim.
- Jestem Ross.
Odkrzyknął a zaraz, po tym, już znikł, rudzielec już go nie widział.
Zadrżał, mu podbródek, w ten charakterystyczny sposób skulił się i zaraz poczuł mokry deszcz spływający z jego oczu.
- Ross..
Powiedział cichutko, Ross, to Ross, to jego Ross,  dlaczego ta głupia mama musiała mu go zabrać teraz, przecież on go lepiej ochroni, ochroni go przed wszystkim. Zawsze będzie go chronił.


20 Kwietnia 2015 roku.

Najpierw, stał jak, wryty i szaleńczo zaczął kręcić głową na boki potem natomiast gdy to do niego dotarło po całym korytarzu rozległ się przeraźliwy, krzyk i płacz. Nikt, nie był w stanie go utrzymać po prostu nikt, wtargnął jak szalony na salę.
- Ross! Ross, słyszysz mnie?! Przestań się zgrywać, to nie jest, śmieszne Ross, Ross błagam Ross błagam otwórz oczy, to ja Calum, błagam nie zostawiaj mnie błagam.
Chwycił jego bezwładną dłoń swoją dłonią ściskając mocno, był oszołomiony, łzy leciały mu z oczu niczym grochy.
Boże, dlaczego on go nie dopilnował, Boże jego maleństwo, nie to nie może być prawda.
Nie, on nie Ross.

Chciał dotknąć, jego, ramienia ale, za każdym, razem gdy próbował to zrobić jego dłoń jakby przez nie przechodziła, sam chciał płakać.
- Courtney, musimy coś z tym zrobić ja nie mogę go tak zostawić.
Mruknął po czym obejrzał się w stronę ciemnowłosej.
- Nic już się nie da zrobić.
Na jej twarzy pojawił się delikatny uśmiech, jakby cieszyło ją przerażenie i żal w oczach ukochanego.
Chwyciła go za dłoń a drugą, wolną ułożyła na jego policzku.
- Ale czy nie tego chciałeś?
Zmusiła go by spojrzał w jej oczy.
- Słucham?
Zmarszczył brwi, do czego ona dążyła.
- Chciałeś umrzeć by być ze mną, prawda?
Oblizała usta koniuszkiem języka po czym niespodziewanie dotknęła jego ust.
Ross poczuł się dziwnie, jej pocałunek go piekł, a nawet parzył.
- Przestań!



Wrzasnął odpychając ją, na co ta wskoczyła na niego coś sycząc, czuł, że traci równowagę. Przewrócił się uderzając głową o podłogę, zapadła cisza.

- Błagam Cię, słyszysz, błagam Cię Ross. Obudź się.
Ujął jego twarz swoimi dłońmi, przez łzy niemal go nie widział, musnął jego policzek.
- Nie możesz mi tego zrobić, nie możesz!
Nagle do Sali wbiegła kobieta o blond włosach z grzywką.
- Boże, moje dziecko, Boże mój synek!
Zaczęła wrzeszczeć jak opętana, Calum opadł na kolana.

Zamrugał kilka razy i odkaszlnął, bo miejsce w którym się znajdował było niesamowicie dziwne, czerwone, było w nim gorąco, dodatkowo poraziło go niesamowicie jasne światło.
- Oszukałaś mnie.
Usłyszał poważny głoś rozchodzący się echem, obejrzał się, zobaczył Courtney.
- Co jest?
Nie usłyszał odpowiedzi.
- Dałem Ci szansę na niebo, a Ty i tak wybrałaś piekło, zabiłaś niewinnego człowieka zamiast pozwolić mu pogodzić się z owym zdarzeniem.
Dziewczyna nieporuszona uniosła dłonie ku górze, z których uwolniła się ciemna, gęsta mgła.
- Courtney!
Krzyknął Ross chcąc ją złapać by przestała, mimo, że czuł się strasznie słabo.
Poparzyła go znowu, opadł tracąc przytomność.
- Trafisz do piekła Courtney, nic dobrego już na Ciebie nie czeka.
Odezwał się głos.
- Nie obchodzi mnie to, Ross jest mój!
Wydarła się kierując się po nieprzytomnego chłopaka.
- On nie może zostać z Tobą, przy Tobie nawet jego duch nie może istnieć, Twoja złość jest zbyt silna.
Dziewczyna zobaczyła ciemność, Ross został wyrwany z jej rąk.

Otworzył szeroko swoje czekoladowe oczy i rozejrzał się dookoła, spuścił nogi na dół i zeskoczył szukając Caluma, wybiegł na korytarz.
- Calum!
Krzyknął do chłopaka na co ten  oniemiał.
- Ross?! Przecież T..
Urwał.
- Nie umarłem, to Courtney to na mnie zabiła.
- Co Ty mówisz?
Ross spojrzał mu w oczy.
- To jej wina, opowiem Ci w domu, o tym jak wygląda piekło i o tym jak..,rozmawiałem z Bogiem, on jest naprawdę spoko wiesz?
Nagle rodzice chłopaka wyszli z Sali, widząc chłopaka na nogach Stormie prawie zemdlała, zaraz zbiegli się lekarze i pielęgniarki.Zdziwieni faktem, że on żyje, Ross żyje!











piątek, 19 lutego 2016

Rozdział 5. Zawsze razem.



Cześć Kochani
Jezu ktoś tu w ogóle jeszcze jest? Pewnie nie.
Słuchajcie, przepraszam Was za tę gigantyczną przerwę od mojego opowiadania, święta, nauka, nauka, nauka i jeszcze raz nauka. Często choruję, i przez to, mam wiele zaległości i potem, muszę to nadrabiać i dlatego też musiałam porzucić na jakiś czas swój bloog, ale, teraz wracam. Błagam powiedzcie że ktoś tu jeszcze jest ? I że, chociaż, jest jedna osoba która czekała i dla której mogłabym to dalej pisać. Proszę, no dobrze, już się nie rozczulam tylko, zabieram, się do roboty no, to, zaczynamy.
Wasza.
Laura (Liv)

,, Jestem tu dla Ciebie, jeśli tylko ci jeszcze zależy. Dotknęłaś mojego serca, dotknęłaś mojej duszy. Zmieniłaś moje życie i wszystkie moje cele. A miłość jest ślepa i wiedziałem to, gdy moje serce było zaślepione przez Ciebie. Całowałem twoje usta i dotykałem Twego policzka
Dzieliłem z Tobą sny, dzieliłem z Tobą łóżko. Znam Cię dobrze, znam Twój zapach. Uzależniłem się od ciebie’’,



Rozdział 5


20 Kwietnia 2015 roku.


Czy można było zamienić się w nicość? Tak po prostu stać się niczym, gdy jeszcze przed sekundą było się ludzką istotą, czy można było się rozpuścić czy to było możliwe, ale jak? Jak to można było racjonalnie wytłumaczyć? Czy naprawdę istnieje możliwość bycia niewidzialnym? I te wszystkie bajki, o wiecznym życiu, o nie czuciu bólu to naprawdę było możliwe? Możliwe było, stanie się, powietrzem?

Nie widział nawet swoich dłoni mimo że próbował nimi machać, próbował się nawet kilka razu uderzyć robił to, z całej swojej siły tak mocno i zamaszyście ale, nie czuł bólu nawet nie czuł uderzenia ani, zupełnie niczego, był jak chmurka.
Nadal był ciemno, żadnej drogi, nikogo próbował krzyknąć ale na marnę, za jego plecami wiał wiatr ale nie wiadomo skąd nie było żadnego okna, czuł jakby za jego plecami stała jakaś zmora czekająca by tylko wpić się w niego i wyssać z niego całą krewo o ile jeszcze ją miał. Zaczął się bać. Ciemny kosmyk włosa odpadł na jego ramię.

24 Listopada 2014 roku.

- Jesteś pewien?
Wyszeptała i automatycznie schowała twarz w swoich długich włosach, zawsze, to robiła gdy ogarniał, ją niepokój albo, stres a przy nim to było tak zawsze. Bardzo się bała, nie jego, tylko tego że go w końcu straci bo przecież kim ona była? Zwykłą nic nie wartą szmatą, wszyscy dookoła jej to wpajali, więc z czasem po prostu w to uwierzyła. Tylko on traktował ją jak księżniczkę, przy nim czuła się bezpieczna dla niego, zrobiłaby wszystko oddała nawet własne życie.
- Tak, rodziców nie ma, pracują, jak zawsze po to by mieć tą swoją ukochaną kasę i wszystkim uświadamiać że to oni są z tej wysokiej ligi a reszta społeczeństwa, to nic nie  warte, śmiecie które kiedyś, zostaną usunięci z powierzchni ziemi.
Westchnął, na jego twarzy, pojawił się grymas wydał delikatnie swoją dolną wargę i dopił wino w lampce do dna.
Wiedział że rodzice go kochają, i nie mógł na to, narzekać ale, dla pracy i swojej posady czasami mu się wydawało że byliby w stanie nawet zabić ale, mniejsza. Nie na tym mieli się skupiać dzisiejszego wieczoru, tylko, na sobie.
Wstał i podszedł do niej uniosła swoje spojrzenie i wyprostowała się na krześle.
- Kochanie, nie mówmy o niczym dzisiaj, dzisiaj my jesteśmy najważniejsi.
Przykucnął przy niej i spojrzał prosto w jej przepiękne, ciemne oczy, chwycił delikatnie jej dłoń i splótł ze sobą ich palce w jedność.
Kiwnęła jedynie głową i ścisnęła jego dłoń tak mocno że wręcz robiła się ona delikatnie sina, nie wiedziała nawet skąd ma tyle siły.
Drugą dłonią pociągnęła go zaraz do siebie za jego białą idealnie opinającą jego, dobrze zbudowane ciało koszulę by zatopić się w jego miękkich, słodkich wargach, tak też zrobiła. To było cudowne, wielbiła go bezgranicznie.
- Chcesz?
Wymruczał jej do ucha i wypuścił w nie ciepłe kojące powietrze.
Przytaknęła, tak bardzo chciała go dotykać.
Jego dłoń była wręcz gorąca, jakby anioł dotykał śmiertelnika, tak się czuła.
Pociągnęła go za szyję do siebie, bardziej i bardziej. Jego dłoń zaczęła dotykać jej dekoltu, wsunął powoli rękę, pod jej czarną krótką sukienkę, ale zamiast poczuć bezpośrednio jej ciało poczuł coś dziwnego, nie był pewny na początku co to w ogóle było, jakaś wiewiórka, nie no dobrze, przesadził ale coś bardzo miękkiego.
Zmarszczył swoje brwi i oderwał usta od jej ust, ona automatycznie odskoczyła na bok, speszona jednak on nadal trzymał za to miękkie coś.
W efekcie, wyciągnął, spory kłębek waty z pod jej sukienki.
Pokręcił delikatnie, swoją, głową, na boki nie wiedział co powiedzieć nagle, ona po prostu wybiegła do łazienki trzaskając za sobą drzwiami.
Jak mogła o tym zapomnieć, jaka, była głupia teraz już na pewno go straciła.


20 Kwietnia 2015 roku.

Dłonie mu się trzęsły, nie mógł oddychać, Boże jak to się mogło stać, no jak? Przecież cały czas go obserwował, każdy jego najmniejszy ruch, jakim cudem go nie dopilnował Boże, jak to się mogło stać?
Kręcił się dookoła, nic prawie nie widział, łzy spływające jak szalone, utrudniały mu wyraźne widzenie, ścigały się jedna za drugą która pierwsza dotrwa do mety, czyli, która pierwsza spadnie z jego policzka.
Trzymali, go już na tej Sali, z dobre pół godziny czasami wychodziła jakaś pielęgniarka ale, nikt nie chciał mu niczego powiedzieć jedyne co mówili to.
‘’ Proszę, czekać’’. Poza tym żadnych więcej ważnych i istotnych informacji na temat zdrowia jego przyjaciela, jego najlepszego przyjaciela, jego najlepszego przyjaciela na zawsze, jego potajemnego kochanka, jego miłości.
Wezwani zostali już, chyba, jego rodzice nie chciał żeby przyjeżdżali chciał być z nim sam, chciał go pierwszy ujrzeć tak bardzo, się bał że zaczną go o wszystko obwiniać, chociaż to była jego wina bo to on go nie dopilnował, chociaż najgorsze byłoby to gdyby zabronili, mu się z nim spotykać, wtedy Calum nie miałby, już po co żyć, nie miałby po co już istnieć na tym świecie.

24 Listopada 2014 roku.

- Courtney! Courtney kochanie! Courtney skarbie! Courtney Myszko! Proszę Cię uspokój się.
Otworzył bez wahania drzwi, cała się trzęsła, nie spojrzała na niego a wręcz jeszcze bardziej naciągnęła swoje, długie włosy na twarz.
- Courtney spójrz na mnie!
Powiedział, i ujął ją, swoimi silnymi dłońmi za ramiona mocno.
- Jestem zwykłą szmatą, jak mogłam, to zrobić, co ja zrobiłam straciłam Cię nie przeżyję tego rozumiesz? Nie przeżyję!
Zaczęła, krzyczeć, wręcz krztusiła się przez łzy.
- Nie straciłaś, Courtney, spokojnie nie straciłaś jestem tu słyszysz?! Jestem tu spójrz na mnie proszę Cię.
Uniósł jej głowę swoimi palcami, tak, że wreszcie była zmuszona na niego spojrzeć w te jego przepiękne czekoladowe oczy. Był taki idealny.
- Courtney, jesteś piękna, rozumiesz to? I nie ma dla mnie znaczenia, to co, zrobiłaś choć nie wiem, dlaczego to, zrobiłaś ale to dla mnie bez znaczenia.
Powiedział cichutko, w, jej uszko i zaraz po tym ucałował jego płatek.
- Nie jestem, tak, piękna jak Laura czy Rydel one mają się czym pochwalić a ja to co.
Pisnęła i złapała się jego za szyję wpijała palce tak mocno mu w kark, że aż, pozostawiła mu na nim czerwone ślady.
- Masz jesteś piękna rozumiesz to? Dla mnie, jesteś, i zawsze będziesz.
Poczuł niewielki ból gdy się tak, w niego, wpijała ale,  to nic. Zaczął całować jej szyję i lizać ją delikatnie swoim językiem.
- Jedynym problemem w tym wszystkim jest to, że tak bardzo Cię pragnę Courtney, rozumiesz to? Bardzo.
Wysyczał i zassał delikatnie, fragment jej, delikatnej skóry na szyi.
- Ross, ja też Cię pragnę, czuję dokładnie to samo a nawet bardziej, masz ciało niczym młody Bóg.
Wyszeptała delikatnie zawstydzona.
On pokręcił jedynie głową, i wsunął z powrotem swoją rękę pod jej czarną sukienkę, tym razem mógł wyczuć pod swoją dłonią jedynie jej pierś bez rzadnej waty czy czegokolwiek innego. Masował ją opuszkami swoich palców.
- Ross..
Wyszeptała.
- Tak?
Zmarszczył delikatnie swoje brwi.
- Zróbmy to, teraz, już.
Wycedziła i czego się zupełnie nie spodziewał dała mu klapsa w jego lewy pośladek i pociągnęła za kołnierzyk koszulki, w stronę jego pokoju.
Płonęła. Oni płonęli.

20 Kwietnia 2015 roku.

Nie mógł się ruszyć, ogarnął go strach którego jakoś, nie czuł wcześniej. Wiedział że coś jest za nim, czuł, zimny nie przyjemny odór, za swoimi plecami.
Nie odwrócił się by to sprawdzić i chociażby, rozwiać swoje, wątpliwości. Stchórzył.
Nie miał pojęcia co się tutaj działo, co się działo, z nim i z tym wszystkim, gdzie był ani czym był, kompletnie niczego już nie czuł.
- Ross..
Jakiś głos oderwał, go z, zamyślenia.
- Ross.
Zaraz, znał ten głos, był taki delikatny i cichutki i charakterystyczny ale, zarazem taki niemożliwy jak on mógł, go w ogóle słyszeć?
Nagle przed jego oczami stanęła ona, miała na sobie, czarną sukienkę ale, nie tą co kiedyś tylko taką inną czarną bez ramiączek z falbankami i cekinami i brokatem.
- Courtney!
Krzyknął.
- Tak, to ja, skarbie, jesteś tu wreszcie.
Powiedziała i przytuliła go, bez większego, wahania w swoje ciało. Czuł ją, czuł że go dotyka, objął ją swoimi dłońmi w ogół talii, mógł to zrobić.
- Courtney, co się, tutaj dzieje? Dlaczego ja Cię widzę? Gdzie my jesteśmy?
Powiedział, delikatnie się od niej odrywając, jednak nie pozwoliła, mu tego zrobić do końca, ułożyła swój, mały palec wskazujący na jego miękkich i ciepłych ustach.
- Jesteśmy, już teraz razem, to nie jest sen,
Wyszeptała cichutko.
- Ale, Courtney, co to jest?
Powiedział, cicho, spoglądając na nią uważnie. Nagle przed nimi, ukazało, się czerwone światło.
- Nasza, wspólna przyszłość, pamiętasz? Mieliśmy plany. Nawet, nie wiesz, jak bardzo się starałam, ile trudu, i ilu osobom zaszłam za skórę by Cię tutaj sprowadzić do siebie, byśmy, w końcu dalej byli razem ale, nie martw się, nie mają do mnie o to żalu.
Powiedziała, do niego, ze spokojem chwyciła mono jego dłoń.
- Courtney, ale, gdzie co to jest, gdzie my jesteśmy?
Nie dawał za wygraną to było, dla niego po prostu, nierealne.
- Tutaj, razem, jesteśmy tutaj możemy być razem, już na zawsze. Przepraszam, że musiałeś, tak długo czekać skarbie.
Pociągnęła go, delikatnie za dłoń.
- Chodźmy.
Wyszeptała, wskazując, swoim palcem na czerwone światło.
- Nie jest tam,  zbyt kolorowo, ale zrobię  wszystko by było nam tam idealnie. Będę Cię chronić nie dam, Cię skrzywdzić, nikomu już nigdy.
Powiedziała.
- Ale czekaj, Courtney, dokąd?
Zaczął, się robić coraz bardziej nie pewny.


24 Listopada 2014 roku.

Czuła  się tak dobrze, nic ją nie bolało, zupełnie nic robił to tak delikatnie i powoli, czuła że cała płonie, błądziła pomiędzy chmurkami delikatności, a gdy przyśpieszał, głośno kryczała jego imię.

20 Kwietnia 2015 roku.

W końcu podbiegł do sali operacyjnej, wyjrzał  w szybę, pielęgniarki biegały, po coś, niezwykle szybko a Ross unosił się i opadał, za pomocą, jakiegoś, takiego dziwnego sprzętu którego Calum nazwy nie znał albo, po prostu nie pamiętał jak to on.
Zaraz, to urządzenie, pamiętał je jednak z jakiegoś filmu, który oglądał, kiedyś tam z Rossem.
To na serce. Zaraz, zaraz, co nie, nie, nie, nie  z Rossa sercem jest przecież wszystko, w porządku, przecież jest z nim wszystko w porządku.
Lekarz, nagle, niespodziewanie podniósł wzrok. Calum, był pewny, że lekarz go wyrzuci, pogoni ten natomiast, jedynie, pokiwał głową na boki z wyrazem twarzy jakby miał się zaraz rozpłakać. Ross jeszcze, raz się uniósł i opadł, ale, jego ciało nawet nie drgnęło a jego oczy, były cały czas zamknięte, jakby sobie po prostu spał.
Pewnie, na pewno, sobie zasnął.
- On, na pewno, sobie zasnął!
Krzyknął, Calum, lekarz westchnął, wyprostował się po czym postanowił spróbować jeszcze ostatni raz.


- Courtney, kocham Cię ale, nie mogę. Nie mogę zostawić Caluma samego i od tak sobie iść, chyba że zadzwonię do niego by poszedł razem z nami.
Powiedział, sięgnął, swoimi dłońmi do kieszeni spodni  ale, jednak nic tam nie było, a zawsze tam trzymał telefon ale, i w jednej i w drugiej było pusto.
- Calum, nie może iść z nami skarbie.
Pogładziła go po włosach, wplatając, w nie swoje drobne palce.
- Dlaczego?
Zapytał.
- Bo, to, jest nasza droga, nasza podróż.
Uśmiechnęła się, ciągnąc go w stronę, tego światła ale, on hamował uparcie.
- Ale, dlaczego? Nie dawał, za wygraną.
Zmarszczył delikatnie swoje brwi.
- Courtney, dlaczego, powiedz mi.
Powiedział, stanowczo, do niej.
- Chcesz wiedzieć, dlaczego, Calum, nie może iść z nami?
Zapytała.
- Tak.
Skinął, delikatnie, swoją głową a ona go pociągnęła w inna zupełnie stronę.
Nagle znaleźli się, w zupełnie, innym przestrzennym miejscu. Kilka osób, było ubranych, w jednolite niebieskie, stroje a jeden, mężczyzna miał na swoich, niebieskich gumowych rękawiczkach, coś czerwonego to chyba była krew.
- Teraz już wiesz?
Powiedziała, cichutko, i schowała, delikatnie twarz w swoich długich, ciemnych włosach.
- Courtney?
Powiedział.
- Tak Ross..
Spojrzała, mu w, oczy i położyła delikatnie swoją dłoń na jego policzku.
- Czy Calum.
Do jego oczu,  napłynęły, łzy które mu utrudniały, normalne, wyraźne widzenie.
- Ross..
Powiedziała, spokojnie, Courtney.
- Co? Boże, Calum, nie Calum, jak?! Calum nie!
Zaczął, panikować i histeryzować.
- Ross..
Courtney, chwyciła, go mocno.
- Co?
Powiedział, przez, łzy.
- Odwróć, się.
Powiedziała, nadal, ze spokojem ale jaby również miała się zaraz rozpłakać.
Ross, mimo, wahań w końcu odwrócił swoją głowę.
Przecież, tam, nie leżał Calum.
Podszedł, bliżej, i omało nie zemdlał, Courtney złapała go mocno.
- Courtney, ale, ale to przecież ja,
Uśmiechnął, się, potrząsając głową zszokowany że wizi sam siebie.
- Tak, Ross.
Pocałowała, go w szyjkę, w ramię w kark i w policzek.
- Courtney, dlaczego, ja Cię czuję i widzę, przecież Ty nie..
Zawahał się, łzy, znowu ciekły z jego policzków jeszcze bardziej obficie niż przed chwilą.
- Tak, Ross, nie żyję, Ty już też nie. Teraz jesteśmy razem, będziemy razem już zawsze.
Stał jak wryty, właśnie patrzył, na swoje własne zwłoki. Co się do cholery stało?

piątek, 4 grudnia 2015

Rozdział 4 Latanie.


Kochani, zanim, rozdział to chciałam Was bardzo serdecznie i szczerze przeprosić, za tą przerwę.
Szkoła, a teraz przez tydzień byłam chora i nie miałam jak napisać rozdziału, przepraszam Was, wybaczcie mi.
Wasza.
Laura (Liv).

Rozdział 4.




,,Tęsknię za tobą Tęsknię za twoim uśmiechem I ciągle ronię łzy Co jakiś czas.. I mimo, że teraz jest inaczej Jakimś cudem ciągle tu jesteś. Moje serce nie pozwoli ci odejść. Musisz wiedzieć, że Tęsknię za tobą, Tęsknię za Tobą’’.



20 Kwietnia 2015 roku.

Trzymał go w ramionach, co robił już przez dłuższy czas bo spojrzał na zegarek, trzymał go już tak z dwadzieścia minut, jednak zupełnie mu to nie przeszkadzało wręcz przeciwnie uwielbiał to.
Chłopak, niewinnie opadł na niego niczym mały zagubiony chłopczyk, poczuł się jakby znowu mieli po cztery latka wtedy biegali  razem i wtedy Ross upadł a on przytulił go tak mocno z całej swojej siły przytulał to małe, delikatne ciałko które było takie aż do dziś, no może jedynie trochę urósł ale to odrobinkę nie zmienił się zbytnio, od wtedy.
Cały, czas przypominał mu tego chłopaka, który siedział w piaskownicy i lepił babki,  potem wziął pluszaczka Caluma którym był właśnie słodki, różowy Prosiaczek i bawili się razem, Ross był tak zakochany w małym prosiaczku że Calum w końcu po prostu mu go oddał, najzwyczajniej w świecie mu go oddał, do dziś pamiętał pomimo że byli wtedy jeszcze tacy mali, jak Ross się cieszył tego uśmiechu nic nie mogło zastąpić.
Chciałby, żeby to wszystko co było wcześniej zniknęło, żeby nigdy nie było Courtney, Calum jej nie lubił, Ross spędzał z nią cały swój czas a dla przyjaciela niestety Goo nie potrafił znaleźć.
Chciałby, także by nigdy, nie pojawiła się Laura ani Raini, które znali już od gimnazjum, wcześniej jednak byli sami tylko we dwoje był do tego przyzwyczajony, wtedy spędzali razem masę czasu, ciągle Calum nawet nieraz nie chodził na noc do domu tylko spał u Rossa, był jakby to powiedzieć częścią rodziny.
Chciałby, tak bardzo by tamte czasy wróciły, by znowu mogli poczuć się jak małe, niewinne dzieci.
W pewnym momencie, blondyn przerwał jego zamyślenia, i oderwał się od niego a Calum musiał z trudem się powstrzymać by ponownie go do siebie nie przyciągnąć, walczył z tym przez kilka dobrych chwil, choć jego twarz była przyjemna, kamienna, neutralna.
- Zajmę, Ci zaraz całe życie i jeszcze dodatkowo je ukrócę pozbawiając Cię oddechu.
Powiedział, Ross, po czym swoje ciemne, czekoladowe i wyraźnie delikatnie zaczerwienione oczy przeniósł na niego, jednak nie na długo.
- Kiedyś potrafiłem, Cię dłużej przytulać.
Stwierdził, stanowczo, Calum.
- Mieliśmy wtedy z pięć lat.
Powiedział Ross naciągając rękawy swojej bluzy na dłonie.
- 4.
Wtrącił Calum.
- A, no tak.
Zgodził się Ross, i uśmiechnął się delikatnie w stronę swojego przyjaciela, po czym jednak jego uśmiech znikł, i chłopak zaczął się bezcelowo, tępo przyglądać w okno, a dookoła przez parę chwil panowała głucha cisza, kiedyś ona była niedopuszczalna gdy byli razem.

- Chodźmy, na plac, zabaw.
Powiedział,  po, dłuższej chwili ciszy Calum i spojrzał na Rossa.
- Co? Co Ty wygadujesz? Na jaki plac zabaw.
Powiedział, wybity, z swoich myśli.
- No, na ten co kiedyś, pamiętasz wiesz to niedaleko, chodźmy.
Rudzielec, był stanowczy, pociągnął Rossa za nadgarstek a ten niechętnie, wręcz  niczym wyjęty z psiego gardła, podniósł się z łóżka i wolnym krokiem ruszył za nim.


30 Października 2014 roku.

- Wariatka.
Warknęła, pod nosem.
- Tak, masz, rację.
Przytaknęła Laura zgadzając się.
- Ale powinniśmy się cieszyć że przynajmniej tak się zakończyła poprzednia sprawa.., tylko wiesz to co teraz ja.
Laura zawiesiła głos.
- Wahasz się?
Rydel, zmierzyła, ją swoim wzrokiem.
- To się dzieje, daj spokój, lepiej idź zagadaj Rossa by zszedł na dół do salonu, nie może przegapić tego pięknego seansu, fotograficznego.
Powiedziała, Rydel, i zaśmiała się wręcz szyderczo.
- Już, idę a Gdzie Cort..
Laura, powiedziała, pytająco kierując się na dół w stronę kuchni gdzie siedział Ross w towarzystwie Rockiego,  chłopaka z ich klasy.
Jednak, idąc, po niego czuła wręcz skurcz w żołądku, i to straszny, wiedziała że to nie z zatrucia, tylko ze, stresu i z wyrzutów sumienia które odczuwała przez to co robiła, choć karciła się za nie w myślach, bo uważała a raczej wmawiała sobie, że to co robi jest dobre.
Rydel, natomiast rozmawiała przez chwilę z Rikerem, śmiejąc się po czym kazała chłopakowi odsunąć się od drzwi i zeszła kierując się do salonu.
Poszedł, za Laurą, choć tak naprawdę nie miał ochoty niczego oglądać ale dziewczyna nalegała tłumacząc że to ważne, i że musi to zobaczyć, stanął wśród ludzi.
Salon był prawie, cały zatłoczony, westchnął, Rydel stanęła obok, i chwyciła go dość mocno za ramię, przez co poczuł się dziwnie i wręcz miał ochotę uciekać, nawet się cofnął w celu jak najszybszej próby ucieczki.
Odwrócił, się ale jednak gdy usłyszał, ogrom śmiechów mimowolnie odwrócił głowę, zdrętwiał cały, od stup do głów.
‘’ Courtney, daje dupy, każdemu’’.
Nie mógł oddychać, zaczął się dusić, i to na poważnie aż Laura odsunęła go z tłumu, czuła się okropnie szantażując Courtney choć tak naprawdę Rydel miała co do tego większy wkład, jednak mimo to to nie było w porządku, przestraszyła się widząc minę Rossa, tak przerażoną, jakby ktoś mu zdeptał serce żywcem.
Chłopak się trząsł, wszyscy się śmieli, śmieli się z jego małej, ślicznej księżniczki której ciało mogli teraz podziwiać wszyscy, to było straszne jak to się  mogło stać?
Nie wierzył że zrobiła to z własnej woli, nagle przed oczami przemknęła.
Była roztrzęsiona, widział jak jakiś chłopak, lub dziewczyna było mu tak słabo że nie był w stanie tego określić, oblewa ją napojem.
Wybiegła z domu i zniknęła za rogiem, bez wahania pobiegł za nią, mimo że Laura trzymała go w tak mocnym kamiennym uścisku który wręcz utrudniał, mu oddech wyrwał się do niej.


20 Kwietnia 2015 roku.


- Usiądź, a ja Cię pohuśtam.
Głos Caluma brzmiał tak radośnie, jak małego przedszkolaka który pierwszy raz zderzył się z takim miejscem jak, plac zabaw i wydawał mu się on rajem na ziemi.
Ross, przysiadł niepewnie na huśtawce a już po chwili poczuł delikatny wiatr we włosach.
- A pamiętasz jak byliśmy mali? Zawsze chciałem Cię huśtać, zawsze wtedy tak głośno się śmiałeś, i wydawałeś się być taki  szczęśliwy uwielbiałem patrzeć na Ciebie takiego.
Calum westchnął radośnie, na wspomnienia.
Ross, zawsze był jego takim małym słodkim bezbronnym cukiereczkiem, jeśli można to tak nazwać.
Calum, zawsze chciał go chronić, zawsze stawał w jego obronie, zawsze chciał być przy nim niezależnie od pory dnia czy nocy, uwielbiał te momenty gdy, spał u Rossa, jak byli mali i jak mieli z 14, czy 15 lat ostatni raz spał u niego w jego 16 urodziny potem Ross  uznał że dorósł i zaczął uganiać się za panienkami, a Calum tak uwielbiał obserwować jak on śpi, i nienawidził gdy on odmawiał by Calum u niego został dla jakiejś dziewczyny, to było dla niego straszne, to był dla niego straszny cios.
- Ross, jesteś tam?
Caluma zaniepokoiła ta cisza, w prawdzie Ross tu był widział go, siedział obok ale kompletnie nic nie mówił, to było straszne.
- Jestem.., usiądź sobie obok pohuśtaj się też.., jestem już duży nie musisz mnie bujać.
Stwierdził blond, chłopak i czekał patrząc uważnie na Caluma aż ten usiądzie.
- A teraz.
Zaczął Ross, łapiąc mocniej za łańcuchhy huśtawki.
- Kto wyżej.
Rozpędził się i zaczął się huśtać aż do nieba, czuł się tak dobrze, było mu tak dobrze, czuł jakby jedną nogą stał na chmurce, Calum był daleko za nim.
Chłopak się zaśmiał cicho oglądając się za siebie na tego rudzielca.
Po czym z powrotem spojrzał przed siebie, było idealnie, nagle zobaczył przed sobą długie ciemne kosmyki, zmarszczył delikatnie swoje brwi i zmrużył swoje oczy, z długich, ciemnych włosów wyłoniła mu się bardzo dobrze znana twarz dziewczyny, była to Courtney, ale co ona tutaj robiła tak w powietrzu.
- Courtney, przestań!!
Zawołał głośno, Ross i przymknął swoje ciemne- czekoladowe oczy, jednak gdy je ponownie otworzył obraz wcale nie znikał, Courtney dalej tu była.
- Przestań!!
Powtórzył, i machnął nogą w powietrzu. jakby chciał ją kopnąć, za co potem sam się skarcił w swoich myślach.
Słyszał szmery, jakby chciała coś do niego powiedzieć, ale przez wiatr nic nie było słychać, zaczął fikać i się kręcić.

30 Października 2014 roku.

Słyszał głośny szkol, podbiegł do tego miejsca bardzo szybko.
Siedziała na ziemi, na szarym, brudnym chodniku na środku ulicy, nie widział jej twarzy bo całą zakryła swoimi długimi włosami, jednak wiedział że płakała, przysiadł obok, i mocno ją przytulił, tak się trzęsła.
- Myszko.., ciss.., ja wiem że to nie prawda,  co się stało powiedz mi.

Powiedział, odgarniając jej długie kosmyki na boki.
- Nie, nie mogę bo oni mi Cię zabiorą.
Wycedziła, przez zęby głos, miała taki niestabilny i płaczliwy.
- Kto, jacy oni?
Ross, był zmartwiony, wyraźnie zmartwiony.
- Oni, mi Cię zabiorą.
Powtórzyła Courtney i zaczęła go tak mocno ściskać że wręcz wpijała, szaleńczo swoje, paznokcie w jego ciało.
- Kto, oni, Courtney, Myszko, Skarbie powiedz mi proszę.
Nalegał uparcie, i stanowczo musiał wiedzieć co się stało po prostu musiał.
- Oni, mi Cię zabiorą.
Znowu, to samo, nie wiedział co ma robić, uniósł ją go góry i mocno trzymając w swoich ramionach, na rękach zaczął  powoli ją nieść.
Przyległa, do jego ciała bardzo się o nią martwił, zabił by tego co to  zrobił.

30 Kwietnia 2015 roku.

Zaczął, tracić równowagę nie wiedział dlaczego jego dłonie nie mogły się utrzymać zrobiły się takie miękkie, a on sam przez chwilę poczuł się taki lekki, leciał naprawdę leciał to było takie cudowne uczucie, odetchnął ze spokojem, potem jednak poczuł przeszywający ból i ciemność.
Był sam, i nigdzie nie było Caluma, ani Courtney ani nikogo, było tak ciemno, nie widział nawet czubka własnego nosa.


Komentując, motywujecie,  do dalszego pisania.

czwartek, 19 listopada 2015

Rozdział 3 Bezbronny, mały Prosiaczek.



Rozdział 3


- ,, Nie zostało nic więcej do stracenia. Słychać głos w powietrzu mówiący "Nie oglądaj się za siebie, nie masz gdzie". Ten głos zawsze tam jest.’’


- ,,Oh, nie słyszysz mojego płaczu. Zobacz, jak moje marzenia umierają. W tym miejscu w którym stoisz. Samotnie. Jest tutaj tak cicho, I jest mi tak zimno,Ten dom dłużej nie pozostanie moim domem’’.


20 Kwietnia 2015 roku.

Przez okna od jego pokoju, przedzierał się delikatny choć nie widoczny promień słońca, dzisiejszy dzień zapowiadał się naprawdę pięknie, za oknem można było usłyszeć śpiew ptaków odgłosy roześmianych dzieci, nastolatków a nawet dorosłych wracających ze szkoły bądź też pracy on jednak nie mógł tego dostrzec gdyż wzgląd na świat ograniczały mu długie niemalże do ziemi opuszczone rolety które sam spuścił gdy tylko się obudził.
Nadal był jeszcze w piżamie, a jedzenie które przygotowała mu mama rano wychodząc do pracy zostało nietknięte, nie wziął ani kęsa gdyż w ogóle nie odczuwał głodu, nie czuł po prostu już niczego i było mu naprawdę wszystko jedno czy coś je czy też nie.
Wczoraj, słyszał jak mama rozmawiała z jego nauczycielką przez telefon, po jej głosie i po tym co mówiła można było wywnioskować że jest załamana jego stanem i tym że cały czas siedzi w zamknięciu, ale nawet się tym nie przejął jak niczym innym, słyszał też jak wspomina coś o psychologu w najbliższą środę, potrząsnął przecząco głową sam przed sobą, ani mu się śni tam iść, nie ma zamiaru z jakąś obcą kobietą, czy też mężczyzną rozmawiać na temat swojego smutku po stracie ukochanej co ich to obchodzi? No właśnie, nic bo to nie jest ich sprawa jakby tam poszedł, to pogadali by mu trochę coś w stylu ,, masz się trzymać’’, ,, musisz iść dalej’’, i to wszystko po prostu odbębnili by swoją robotę to wszystko.
Westchnął, spoglądając w stronę jedzenia, które przez czas w którym leżało na talerzu zrobiło się naprawdę nieapetyczne.
‘’ Malutka, powiedz mi proszę, czy kiedyś będzie lepiej? Czy przestanę czuć ten smutek? Boże Courtney, ja tego nie zniosę rozumiesz? Nie zniosę’’.
Powiedział, sam do siebie, po czym spojrzał na ich wspólne zdjęcie wiszące na korkowej tablicy, na ścianie, przy biurku, odwrócił swój wzrok w bok, długie, ciemne włosy zasypały całą jego jasną poduszkę, a uśmiech sprawił że on sam zaczął się uśmiechać’’.
‘’ Wiem, porozmawiajmy, Kochanie proszę chodź tu do mnie, słyszysz chodź Ross’’.
Jej dłoń wysunęła się na wysokości jego dłoni, jednak ten nie chwycił jej tylko po prostu zamknął oczy.
,, Uspokój, się, przestań wariować co Ty masz w tym swoim mózgu’’.
Powiedział, znowu sam do siebie, po czym nagle usłyszał dzwonek do drzwi, otworzył oczy i rozejrzał się po pokoju, nikogo w nim nie było,  nie było jej, po chwili usłyszał jak drzwi otwierają się nawet się nie ruszył jedyne co to usiadł na łóżku wpatrując się w drzwi od swojego pokoju wyczekująco.

20 Października 2014 roku.

Na ulicy było głucho, i ciemno jedynie lampy uliczne dodawały blasku tej strasznej nieznanej nocy, westchnął.
Pewnie dostanie burę w domu, było dobrze po 23 a on wracał dopiero do domu prawie w środku tygodnia, dlaczego mama nie może go zrozumieć, przecież był z Courtney szedł co chwila spoglądając w telefon.
‘’ Przepraszam, to moja wina, mama pewnie będzie na Ciebie zła, nie lubi mnie wiem o tym, tak bardzo chciałam spędzić z Tobą tę noc, Twoje ciało jest takie piękne, Boże trafił mi się anioł’’.
Po przeczytaniu wiadomości od Courtney, mimo, odrobinę zepsutego humoru jego kąciki ust mimowolnie się uniosły składając się na przyjemny uśmiech.
‘’ Nie, to, nie Twoja wina wiem ja też i proszę nie mów tak to Ty jesteś piękna, najpiękniejsza jesteś najpiękniejszą dziewczyną jaką znam, i uwielbiam każdy najmniejszy kawałem Twojego ciała Księżniczko moja’’.

- Ale to szaleństwo, nie, nie róbmy tego.
Głos, Laury, wyraźnie drżał i był pełen obaw.
- Posłuchaj, to, pomoże zrobi się zadyma on będzie miał urazę i przez to zerwie z Courtney, w ogóle to oni są razem czy jak?
Powiedziała, pytająco Rydel wpatrując się znacząco na Laurę obok nich stał Riker oblizujący swoje usta jak po najsmaczniejszym lodzie.
- Nie, wie, chyba może Ross prawie z nikim nie rozmawia nienawidzę tej szma*y.
Powiedziała i aż z nerwów zacisnęła swoje drobne dłonie w pięści, nigdy nie spodziewała się że potrafi być tak zawistna i tak zazdrosna.
- Dlatego, musimy, ją wyeliminować.
Powiedziała znacząco Rydel, po czym kiwnęła na Rikera, który ruszył ciemną, oświetloną jedynie ulicznymi lampkami ulicą.
- Czekaj, nie.
Wyrwała Laura, jednak ten jej już nie usłyszał, był zbyt daleko.
- Będzie, dobrze.
Rydel, położyła, dłoń na ramieniu dziewczyny i poklepała je, Laura nie była przekonana co do tego pomysłu, chciała wyeliminować Courtney, ale nie kosztem Rossa, westchnęła bezgłośnie stojąc w miejscu, nawet nie drgnęła.

,, Jesteś, moim, aniołkiem, i nie zaprzeczaj jesteś cudowny, jesteś jedynym powodem dla którego w ogóle wstaję rano, bez myśli jaka to jestem beznadziejna, kochanie jesteś dla mnie wszystkim, jesteś wszystkim co mam i chcę już zawsze być z Tobą rozumiesz’’.
Ross, nie potrafił nie iść, z radością Courtney, była taka kochana, szczera i prawdziwa w tym uczuciu on sam chciał byś z nią już zawsze nigdy wcześniej czegoś takiego nie czuł.
‘’ Będę, już zawsze z Tobą, obiecuję Myszko’’.
Wysłał, po czym po chwili, poczuł  czyjeś kroki za sobą, wcześniej ich nie było, albo po prostu ich nie usłyszał bo był tak rozmarzony i zamyślony, na wiadomości od Courtney, nie obejrzał się za siebie, tylko przyśpieszył i szedł dalej, z nadzieją że owe kroki ucichną, jednak było wręcz przeciwnie czuł jak przyśpieszają wraz z przyśpieszeniem jego kroków, ale po co? Czy ktoś go śledzi? Nie, to nie, możliwe, może był po prostu już tak, zmęczony że to mu się zdawało, skręcił w prawo jednak kroki cały czas były słyszalne, ten skrót którym szedł teraz prowadził jedynie do jego domu, no i jeszcze do tego małego sklepiku na rogu ale po co ktoś miałby iść do zamkniętego sklepu tak późno w nocy, zaniepokoił się.
Odliczał, kroki, były takie równe, czuł przypływe nerwów i stresu ogarniający całe jego ciało, przez co ciężej oddychał i bardziej zwalniał.
- Stój.
Usłyszał jednak, głos wydawał mu się być znany, odwrócił się to był Riker  Ross odetchnął z ulgą.
- Riker? Co Ty się tak skradasz, niezłego, pietra mi narobiłeś co tak łazisz sam po nocy?
Ross posłał mu przyjemny uśmiech, Riker go wręcz  uwielbiał, był taki słodki i niewinny, przysunął się.
- Riker co Ty?
Powiedział Ross i zmarszczył delikatnie, swoje brwi na co ten bez owijania w bawełnę chciał przejść do rzeczy, złapał Rossa za dłoń tak mocno że chłopak wręcz uderzył o ścianę.
Początkowo, myślał o jakiś podchodach, ale po co nie miał na to zupełnie czasu.
- Riker, co Ty wyprawiasz, puszczaj mnie.
Ton głosu Rossa wyraźnie, zaczął się unosić, ale on na to nawet nie zareagował, chciał się po prostu w niego wbić tak teraz i tutaj, bez zbędnego tłumaczenia, zwłaszcza gdy dostał na to pozwolenie, może nie od samego zainteresowanego, ale dostał szarpnął go i odwrócił przodem do ściany.
- Cicho, bądź, to potrwa tylko chwilkę obiecuję.
Riker gwałtownie rozpiął swój rozporek a Ross, sprzedał u uderzenie w brzuch jednak chłopak nawet nie drgnął jakby był zrobiony ze stali, sprzedawał mu zbędne uderzenia raz po razie, Riker zaczął odchylać jego spodnie, Ross wrzasnął przeraźliwie, z spodni wypadł mu telefon.

Nie mogła wytrzymać, wybiegła w miejsce, zostawiając Rydel mimo próśb i błagań, w tyle przecież ten pomysł był chory, przecież to jest podłe, co ona zrobiła na co ona się zgodziła.

Słysząc, te, krzyki i uderzenia, jakieś nie wiadomo, jakie prawie umarła zmroziło jej krew w żyłach zarzuciła na nogi buty i kurtkę po drodze wybiegła, nie potrafiła biegać szybko i mimo że czuła ból brzucha, i zasychało i bolało jej w gardle biegła ile sił przez ciemną ulicę, rozglądając się skręciła w prawo, czuła ucisk i ból w sercu.

Może, umarł chyba był już blisko, bo brakowało mu tchu, i siły trząsł się jak małe niewinne dziecko, wpatrując się w niebo pełne gwiazd, mimo to dalej krzyczał, krzyczał tak przeraźliwie i głośno mimo że był już bezpieczny.
- Kochanie, Ross, maleństwo, moje jestem tu.
Czuła jak się trzęsie i jak wzdryga, nie mogąc złapać powietrza, sama ona nie mogła oddychać, a jej oczy były całe zalane łzami.
- C.., Courtney.
Powiedział, dukając, przycisnął ją mocno, nie kontaktował.
Riker natomiast uciekł, choć tak naprawdę, nic jeszcze nie zdążył zrobić, przerażenie Rossa go sparaliżowało do tego stopnia że miał poczucie winy, chłopak stracił przytomność, a ten po prostu spanikował, ale przynajmniej przez sekundę miał jego ciało na wyłączność, przez sekundę on był jego i tylko jego, tak przez sekundę i tego się powinien trzymać i na tym poprzestać.
Laura była zdumiona, niemość że przyczyniła się dp czegoś strasznego, z czego, sobie wcześniej nie zdawała nawet sprawy, to jeszcze nic to nie dało, Ross był w objęciach Courtney, oboje byli tak blisko siebie, miała ochotę sięgnąć za ten kamień leżący na chodniku, i rzucić jej nim w głowę, jednak po chwili  na nią  rzuciła się Rydel, na co ta jedynie powiedziała co strasznego chciały zrobić, i jak głupie były, po czym obydwie zniknęły za murem.

Gładziła, go po głowie, wpatrując się w niego niczym w najpiękniejszy obraz świata.
- Cieszę, się że Twoja mama, nie jest na mnie wściekła, ale powinieneś powiedzieć prawdę.
Powiedziała stanowczo, zawsze taka była jeśli chodziło o niego.
- Myszko, cichutko, to nie ważne nic się nie stało, nie wracajmy do tego, dobrze?
Courtney jedynie, przytaknęła po czym pocałowała czule jego policzek i pogładziła go a potem czuwała przy nim, całą noc, czuwała nad swoim, małym Skarbem, który przez swoje piękno, i przez swój ideał sam stwarza sobie tym zagrożenie, dla własnego życia, i bezpieczeństwa.

20 Kwietnia 2015 roku.

- Dlaczego, nie, otwierasz?
Głos Caluma, był, wyraźnie oburzony jednak widząc zupełny brak obecności Rossa w rzeczywistym świecie jedynie uśmiechnął się blado, po czym spojrzał na niego i postawił na jego kolanach małą torebeczkę.
- Nie, mam, dziś urodzin.., nie ma jeszcze grudnia prawda?
Powiedział, Ross, bez przekonania na co Calum pokręcił przecząco głową.
- Nie, nie ma.., ale pomyślałem, że przyda Ci się Twój stary, przyjaciel no sprawdź co to.
Powiedział, Calum, na co Ross bez większych emocji, neutralnie włożył swoją dłoń do wnętra torebki, i wyczuł w niej coś miękkiego, chwycił za to i wyciągnął.
Był, to mały, różowy Prosiaczek, ulubiona pluszowa zabawka Rossa z dzieciństwa chłopak dzięki niej poznał Caluma swojego najlepszego przyjaciela, to on mu ją podarował kiedyś, i dzięki temu się zaprzyjaźnili, i potem już każdy czas spędzali razem.
- Wiem, nie, ten sam bo tamtego oddałeś, ale pomyślałem.
Calum zawahał się spoglądając uważnie na Rossa.
- Pamiętam.
Powiedział, chłopak, i zaśmiał się cichutko ledwo słyszalnie po czym zmarszczył swoje brwi by powstrzymać łzy schował twarz w dłoniach  gryząc swój język mocno, kilka razy.
- Ross…, ej wiesz że przy mnie, nie musisz udawać no już, płacz jeśli tego właśnie potrzebujesz, nie ukrywaj swoich emocji, przede mną, i w ogóle nigdy ich nie ukrywaj.
Powiedział, siadając, przy nim i biorąc małego, pluszowego Prosiaczka w swoją dłoń pokręcił jego główką na boki.
- Ejj.., a dlacego, płaczesz, może pójdziemy się razem pobawić, i ulepimy zamek z piasku.
Powiedział, dziecinnym, tonem głosu podszywając się za Prosiaczka, na co Ross, westchnął, i przytaknął mechanicznie głową czując to nieprzyjemne drżenie swoich kącików, ust i brody.
- Tak.., ale powiedz mi.
Zaczął.
- Tak?
Rzekł Calum, nadal podszyty za Prosiaczka.
- Dlaczego, to, tak boli.., dlaczego strata bliskiej, mi osoby tak bardzo boli.., czy to kiedyś przestanie?
Na słowa Rossa, Calum dłonią prosiaczka pogładził go po policzku przytakując jego główką, po czym odłożył go na bok i przytulił mocno do siebie na co Ross, bezwładnie opadł w jego ramiona.
- Przestanie obiecuję, przestanie, niedługo.
Wyszeptał, mu, do ucha trzymając go mocno w swoich objęciach swoją dłonią pogładził po po włosach i po szyi z tyłu.
- Mój, malutki, bezbronny Prosiaczku, mój..

wtorek, 10 listopada 2015

Rozdział 2 ,, Romeo i Julia''.





Rozdział 2
 


- ,,Wiem, że nie zasługuję na to. Ale zostań ze mną choć na minutę, Obiecuję że będzie warto. Nie możesz mi wybaczyć? Chociaż na chwilę. Wiem, że to moja wina, Powinnam być bardziej ostrożna’’.

- ,,Lecz żaden smutek nie przeważy radości, którą niesie
krótka chwila spędzona przy niej''.


17 Kwietnia 2015 roku.

Czuł jakby coś w nim umarło, jakby zaczął nad nim grasować odór śmierci przenikający powoli z każdą chwilą w każdy najmniejszy zakamarek jego ciała wnikający aż do szpiku kości.
Trzasnął drzwiami od swojego pokoju, zupełnie nie zwracając uwagi na bełkot mamy dobiegający jeszcze z przedpokoju, zrzucił swój plecak i kopnął go w kąt.
Czuł się okropnie, jak jakiś odmieniec westchnął błądząc wzrokiem po pokoju jakby czegoś w nim szukał, jednak wiedział bardzo dobrze że nie znajdzie niczego prócz czterech pustych ścian, pierwszy raz to miejsce wydawało mu się tak obce  kiedyś wydawało mu się być najlepszym miejscem na świecie azylem w którym mógł spędzić całe swoje życie.
Schował twarz w dłoniach, zawsze to robił gdy czuł że trzęsie mu się podbródek nienawidził tego już jako małe dziecko się tego wstydził, dobrze pamiętał że kiedyś gdy  upadł jadąc na rowerze tak bardzo chciało mu się płakać i wtedy gryzł się mocno w język by zapomnieć o tym bólu sprawionym przez upadek, jednak teraz to nie działało.
Mógł się gryźć w niego godzinami, mógł go sobie poparzyć jednak to było na nic, strata Courtney nie mogła się równać z jakimś tam głupim upadkiem na rowerze.
Podszedł do biurka marszcząc delikatnie swoje brwi, dopiero teraz dostrzegł że na biurku leży jakaś kartka której zdecydowanie, nie było wcześniej gdy wychodził do szkoły, a co go jeszcze bardziej zdziwiło to fakt iż jego zdjęcie z Courtney które miał na swojej korkowej tablicy zaraz obok plakatu Collie z popularnego serialu ,, The Fosters’’, leżało tuż obok.
Wziął zdjęcie w dłoń jednak nie mógł na niego patrzeć zbyt długo gdyż rozmazany obraz spowodowany napływem niechcianych łez utrudniał mu widzenie, przywiesił zdjęcie z powrotem, a potem zabrał się za kartkę, po jej przeczytaniu czuł ciarki na całym swoim ciele.
Przymknął delikatnie swoje oczy, znowu ten obraz siedzącej delikatnie uśmiechniętej Courtney, jego oddech zaczął świrować.
‘’ Przestań, wyobraźnio przestań !’’, wrzasnął na głos zaciskając dłonie w pięści jednocześnie zgniatając trzymaną cały czas w dłoni białą kartkę, potem szybkim ruchem wycelował ją prosto do mieszczącego się w rogu blisko drzwi od jego pokoju śmietnika.
Wstał, chciał wyjść z domu bo czuł że brakuje mu powietrza, jednak zamiast tego w ułamku sekundy padł na łóżko, jakoś tak nagle zachciało mu się spać i poddał się temu, wolał wszystko, byleby nie ta ciągła myśl sprawiająca że pękało mu serce.


30 Września 2014 roku.

- Co Ty z nią masz?
Głos Caluma był wyraźnie oburzony i podenerwowany chłopak zmarszczył brwi w ten swój charakterystyczny sposób, zawsze miał taki odruch gdy czuł się zakłopotany, w obecności Rossa co zdarzało mu się bardzo często, pomimo że byli przyjaciółmi od dziecka, znali się od czwartego roku życia, nie zawsze czuł zakłopotania, czy stres to przyszło z czasem gdy zaczęli dorastać z początku Calum nie miał pojęcia co jest tego powodem, jednak w końcu to odkrył ale nie chciałby by to również odkrył Ross, pomimo że nie mieli nigdy przed sobą tajemnic ten fakt musiał pozostać nie odkryty.
- No, przecież nic po prostu chcę z nią usiąść wspólnie w ławce, co w tym złego?
Ross, był wyraźnie znudzony rozmową z kolegą, kątem oka spojrzał w stronę Courtney która zajęła już miejsce obok Rossa, które wcześniej, należało do Caluma.
- Ale, to ze mną siedzisz, od zawsze.
Odrzekł rudzielec z żalem w swoim głosie niczym małe dziecko któremu zabrało się jego ukochanego pluszowego misia.
- Jutro znowu z Tobą usiądę daj spokój.
Machnął Ross i usiadł obok zmieszanej i delikatnie przestraszonej tą całą sytuacją Courtney.
Dziewczyna, czuła się nie chciana wśród towarzystwa, a raczej wiedziała że jest niechciana, przyjaciele Rossa jej nie akceptowali jak i większość osób, z jej otoczenia nigdy nie należała do osób lubianych zawsze była małą cichą myszką wijącą się po kątach.
- M.., mogę się przesiąść.
Wydukała, na co Ross pokręcił przecząco głową.
- Zostań, jest w porządku.
Odetchnęła mimo że wiedziała iż nie jest to prawda bo jego przyjaciel obraził się, jednak on potrafił sprawić że się uspokajała i nie czuła winna faktu że w ogóle istnieje, i zabiera innym bardziej ważnym ludziom tlen.
- Dzisiaj poruszymy, bardzo burzliwy temat, a mianowicie temat miłości, oddania, niewiedzy, smutku, dramatu czyli  zaczniemy omawiać waszą obecną lekturę czyli ,, Romeo i Julia’’, moi drodzy.
Rozbrzmiał się głos nauczycielki, Courtney spojrzała w jej kierunku, jednak na sobie cały czas czuła wzrok Rossa, to było takie przyjemne a zarazem straszne bała się że gdy będzie się na nią tak dłużej patrzył to uzna ją za brzydotę i ucieknie ze śmiechem, westchnęła.
- Chciałabym, aby każdy z was dobrał się w pary i z tej okazji przygotował wspólnie krótką scenkę na temat współczesnej miłości, w oparciu o Romea i Julię, liczą się emocje, charakteryzacja, wystrój, tekst i każdy najmniejszy szczegół.
Po tych słowach w stronę Rossa odwróciła się Laura i szeptem zaczęła go prosić a raczej zatwierdzać że to on będzie z nią w parze.
- Wiecie, już, z kim będziecie czy ja mam zacząć przydzielać?
Zapytała nauczycielka, na co Courtney zaczęła wodzić wzrokiem po ścianach i w kierunku okna, bała się stawać na środku i odpowiadać przed całą klasą, bała się że ją wyśmieją, i tak się już z niej śmieli.
- Ja, będę z Rossem proszę Pani.
Powiedziała Laura twierdząco na co nauczycielka przytaknęła dając znać że się zgadza ale zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć przerwano jej.
- Emm.., ale przepraszam bo ja..
Ross się zawahał i spojrzał w kierunku Courtney, na co tej serce zabiło szybciej.
- Tak Ross?
Nauczycielka, spojrzała w jego kierunku.
- Bo, ja bym chciał być z.., bo ja bym chciał być z Courtney.
Nauczycielka uniosła delikatnie swoje ciemne brwi do góry, a Laura odwróciła się w ich stronę piorunując zabójczym wzrokiem Courtney.
- No dobrze Ross, ustalcie to między sobą, macie tak jak już wcześniej mówiłam tydzień na przygotowanie się.
Ross przytaknął nie spojrzał nawet na Laurę, tylko na Courtney i wyszeptał w jej kierunku.
- Czy zostaniesz moją Julią ma belle?
Na co czarnowłosa jedynie przytaknęła, poczuła się wzruszona, on wybrał ją jak to w ogóle możliwe?
Wiedziała, że to tylko praca szkolna, ale on wybrał ją on Ross wybrał ją, on jej Romeo.

17 Kwietnia 2015 roku.

Wiedziała, że przysparza mu wiele cierpienia i bólu tym co robi, ale po prostu  nie mogła przestać nie mogła nie potrafiła zniknąć, jej miłość do niego była tak silna że trzymała ją tutaj cały czas w tym samym miejscu, mimo że wiedziała iż nie powinna tu być.
Spojrzała, w jego kierunku, tak słodko sobie spał przysiadła bezgłośnie a brzegu łóżka i przesunęła swoją zimną, lodowatą wręcz dłonią po jego jasnych włosach, był taki ciepły, jego policzki były delikatnie zaróżowione chociaż twarz była smutna a po policzkach widać było że ciekły łzy bo pozostawiły po sobie delikatne smugi.
Gładziła go po włosach delikatnie się uśmiechając nachyliła się delikatnie nad jego uchem i wyszeptała cicho.
‘’ Bardzo Cię kocham mój malutki, wiem że teraz cierpisz, tak bardzo ja też teraz cierpię wiesz, tak bardzo.., tak bardzo chciałabym móc zabrać Cię ze sobą sprawić że znowu będziemy razem, tęsknie za Twoimi słodkimi pocałunkami, za Twoimi ramionami za naszymi wspólnymi planami. Pamiętasz? Obiecaliśmy sobie że jak skończymy 18 lat, jak Ty skończysz bo ja już przecież niedawno przed tym wszystkim miałam urodziny, obiecaliśmy sobie że, kupimy mały domek na to pracowaliśmy, na to zbierałam wszystkie swoje oszczędności, które pewnie teraz moi kochani rodzice przepiją.., tak bardzo mi przykro że nasze plany legły w gruzach, tak bardzo bym chciała byśmy teraz poszli razem w nasze miejsce, na łąkę usiedli na trawie lub w altanie, i żebyś mi znowu powiedział jak bardzo mnie kochasz,mój Skarbie, tak bardzo za tym tęsknię’’.
Powiedziała, nachylając, się nad nim pocałowała delikatnie jego policzek,  a łza z jej policzka skapnęła na jego przez co chłopak delikatnie się poruszył śpiąc i wzdrygnął po czym jednak pod wpływem jej przyjemnego gładzenia jego policzka ponownie się  ułożył i zasnął ale nie na długo bo po chwili rozległo się delikatne pukanie do drzwi, obudził się i rozejrzał dookoła było już szarawo w pokoju więc zapalił lampkę nocną.
- Proszę.
Powiedział, a w drzwiach stanęła Laura, uśmiechnęła się do niego i weszła do środka po czym usiadła obok na brzegu łóżka.
- Ja się czujesz?
Zapytała cicho wpatrując się w jego złamaną, zasmuconą twarz.
- Lepiej, naprawdę.
Wydukał na co ta nic nie powiedziała, tylko przytuliła go obejmując za szyję a potem kciukami delikatnie pogładziła jego policzki.


30 Września 2014 roku.

- Powinieneś z nim porozmawiać.
Powiedziała, stanowczo Rydel.
- Daj spokój.
Odpowiedział Calum.
- A idź, Ty.
Wydukała blondynka i wzruszyła obojętnie ramionami idąc wolno korytarzem kontem oka spojrzała na dwoje siedzących w rogu na ławce.
- Ona, go zniszczy.
Powiedziała, zdecydowanie i poważnie.
- I co mam zrobić?
Rydel idąc dalej powiedziała.
- Wyznaj mu co czujesz, zrobi się zamieszanie, i on zapomni dzięki temu o Courtney.
Rydel, była pewna swoich słów.
- Może i tak, ale stracę przyjaciela a tego nie chcę.
Westchnął Calum i również spojrzał w  ich stronę ze smutkiem, Ross był roześmiany, gryząc kawałek, jabłka wraz z Courtney, siedzieli razem niczym ,, Zakazana para zakochanych’’, przypominających współczesnych ,, Romeo i Julię’’.

17 Kwietnia 2015 roku.

Nie, chciała wypuszczać go ze swoich objęć, od zawsze kochała go przytulać choć wiedziała że on tak bardzo jak ona tego nie kochał ale czuła że mógłby do tego przywyknąć, a z czasem może nawet pokochać.
- Ross, nie bądź smutny,, jestem tutaj przy Tobie.
Powiedziała zdecydowanie Laura obejmując chłopaka o blond włosach i wpatrując się w jego oczy.
- Wiem, jesteś,, kochaną przyjaciółką, ale nie jesteś nią.
W\Westchnął odsuwając się, na co ta wcale nie miała zamiaru go puszczać.
- Ale, Cię uszczęśliwię, obiecuję.
Powiedziała.
- Nie, Laura, przestań.
Zaprotestował chcąc by go puściła po chwili z lampki nocnej wydobyły się dziwne iskierki, a po chwili ta zgasła, Laura się delikatnie przestraszyła bo nie lubiła ciemności, bała się jej.
- Ross.., jesteś tu?
Wyszeptała.
- Tak, jestem.
Odpowiedziała wstając z łóżka by zapalić świeczkę jednak po chwili lampka znów zaczęła się palić na co Laura się nieco zdziwiła a Ross nic nie powiedział, spojrzał w bok, jego zdjęcie z Courtney znowu leżało na biurku, wziął je w dłoń spojrzał przez chwilę.
- Kocham, tylko, Ciebie Księżniczko.
Wyszeptał i z powrotem przypiął zdjęcie, Laura zasmucona, i rozpłakana wyszła, Ross nawet jej nie zatrzymał, nie chciał tego teraz,  w pokoju, albo w jego sercu zrobiło się przyjemnie ciepło.

Kochani, pamiętajcie, komentując zachęcacie do dalszego pisania.
Laura. (Liv).


sobota, 31 października 2015

Rozdział 1 Sopel Lodu.



Rozdział 1.

,,Czy Cię znalazłem, nielotny ptaszku,zawistny, płaczący? Czy zgubiłem Cię,głosie ameryki''.

17 kwietnia 2015 roku.

Przesunęła, swoimi, dłońmi po swoich dłoniach były normalne no tylko może trochę zimne bez jego dotyku, czuła zimno jakby wewnątrz niej cały czas panowała mroźna zima, mrożąca krew w żyłach przesunęła opuszkami palców po brązowym drewnianym biurku na którym były książki jakieś jedzenie na talerzu prawie nie ruszone, butelka z sokiem, wodą natomiast na ciemno zielonej ścianie wisiała tablica korkowa na niej wisiały jakieś pozapisywane albo wyrwane z gazet cytaty plakat jakiejś, aktorki czy też piosenkarki pamiętała że kiedyś się o to kłócili, tak to głupie ale była zazdrosna o plakat dziewczyna na plakacie była idealna, chyba była to jakaś aktorka bo na dole była strzałka a na niej podpis ,, The Fosters’’, tak znała ten serial kilka razy go z nim oglądała ale nie przypadł jej zbytnio do gustu, jednak było tam też coś co ją ucieszyło ich wspólne zdjęcie, ona jak, zawsze wyszła średnio on natomiast idealnie kochała ten jego uśmiech przy którym wręcz miękły jej kolana, może to brzmi, banalnie ale tak było poza tym nie była jedyną osobą która tak uważała wszystkie dziewczyny w szkole i wszyscy za nim szaleli bardzo dobrze pamięta tą jedną jak jej tam, nie była pewna coś na L.., nie ważne, była jego przyjaciółką najlepszą jednak widziała w jej oczach złość za każdym razem gdy brała w objęcia tego uroczego blondyna, tamta wtedy piorunowała ją wzrokiem, on o niczym nie wiedział, dopytywała go o to, jednak ona wyczuła to od razu miała rywalkę i przez ten cały czas starała się być idealna myślała nawet o operacji plastycznej chciała powiększyć sobie biust, chciała być idealna dla niego, zawsze czuła się pod presją czuła stres że pewnego dnia obudzi się a on powie że już jej nie chce w końcu kim ona była? Zwykła szarą dziewczyną, problematyczną, jej rodzice ciągle pili, zawsze tak było ona chodziła w takich ciuchach na jakie było ją samą stać czyli marnych, jednak on nie zwracał na to uwagi kochał, ją a ona jego, a teraz, teraz to wszystko zniknęło wymknął się jej przez palce, stała się dla niego niczym powietrze, łzy cisnęły się jej do oczu i kapiąc niczym sople lodu, przypominały, że nie jest już częścią tego co jeszcze nie dawno należało tylko do nie.

Stał, wpatrzony, w szarą ulicę widział mknące w dal auto czuł jak jego serce bije szybciej a żołądek ściska go od środka i powodem nie było to że nic nie jadł na śniadanie, poczuł czyjąś dłoń na swoim ramieniu, wrzasnął nieświadomie tak głośno że wydawałoby się iż było to słyszalne na drugim krańcu świata.
- Hej, co, się dzieje? Spokojnie to tylko ja.
Spojrzał na chłopaka który wyglądał jak małe przerażone dziecko które zgubiło się w super markecie i boi się że nie znajdzie mamy.
- Hej, wiem, nic ja tylko...
Jego, ciemne, niczym czekolada spojrzenie znowu powędrowało w stronę ulicy.
- Jesteś pewien że chcesz iść dzisiaj do szkoły? Może zostań jeszcze trochę w domu.
Zaproponował marszcząc swoje brązowo rude brwi.
- Nie, nie, nie mogę chcę iść rozumiesz choć.
Powiedział i wyruszył tak szybko jak torpeda.

20 września 2014.

- A więc 18stka jak się z tym czujesz?
Głos Caluma był wyraźnie podekscytowany.
- Ok., jest, ok.
Odparła blondynka z uśmiech na ustach po czym pośpiesznie dodała.
- A gdzie jest Ross? Widzieliście go?
Riker który dopijał sok z czerwonego plastikowego kubeczka pokręcił przecząco głową.
- Chyba, poszedł, na zewnątrz albo coś nie jestem pewien.
Stwierdził Calum z zamyśleniem w oczach.
- A ze swoją NPNZ?
Rydel się zaśmiała a Calum zaprzeczył natychmiast.
- Nie, ona, go szukała właśnie też chyba wyszedł z tą nie pamiętam jak ona ma na imię no ta w naszej klasie co zawsze siedzi z tyłu i do nikogo się nie odzywa.
Riker aż zadławił się końcówką napoju oparty o stół.
- Żartujesz? Z tą Panną, biedny, jeszcze go zarazi tą swoją patologią może naprawdę chodźmy go poszukać.
Stwierdziła Rydel a Rikier tym razem się odezwał.
- Ja lepiej nie.
Wydukał.
- Dlaczego?
Zapytała Rydel.
- Wiesz.., wypiłem, trochę więcej niż sam sok a pod wpływem alkoholu mógłbym na przykład go liznać za uszkiem.
Zaśmiał się i na myśl o tym oblizał swoje usta na co Calumowi zaczęła pulsować żyła na czole.
- Dobra, może, faktycznie to kiepski pomysł by Riker go szukał a Ty Calum nie denerwuj się tak i idź go poszukaj, ja tu zostanę i go popilnuję.
Powiedziała i wskazała na Rikera.
- Sądzę, że, seksownie by wyglądał na go zawsze pachnie jak świeżo upieczone ciasteczko.
Riker, wpatrywał, się w swój pusty kubeczek.
- O tym właśnie mówię muszę go pilnować, idź.
Popchnęła Caluma, a ten ruszył poprawiając swoją niebieską koszulę.

Usiadł obok, na dworze było już chłodno c odczuł na całym swoim ciele w końcu miałna sobie tylko  biała odrobinę prześwitującą, luźną koszulę.
- Hej.., co tutaj tak siedzisz sama? Nie bawisz się dobrze?
Skierował swoje spojrzenie w stronę dziewczyny o długich ciemnych włosach, ta natomiast, poczuła drżenie na całym swoim ciele i to nie z powodu zimna tylko przez to że on się do niej odezwał, czasem go obserwowała na lekcjach był taki idealny, piękny, czasem nawet marzyła o nim, otrząsnęła się.
‘’ No już odezwij się do niego chociaż spróbuj proszę chociaż raz pokaż że jesteś silna no dawa’’, powiedziała sama do siebie w duchu, kątem oka dostrzegła jak chłopak unosi się z awki pewnie uznał ją za wariatkę która nie potrafi się nawet odezwać.
- Ja nigdy się dobrze nie bawię.
Wydukała, na, co ten odwrócił głowę i wrócił z powrotem na ławkę.
- Dlaczego?
Zapytał, spokojnym, tonem głosu.
- Przez.., moich, rodziców i całe moje życie ono jest tak bardzo do kitu.
Westchnęła, bała, się że on jej naprawdę zaraz ucieknie.
- Hej..,Courtney, nie pozwól by ktokolwiek miał wpływ na twoje życie ono jest Twoje możesz w nim z nim robić co tylko zechcesz a już zdecydowanie możesz być szczęśliwa.
Powiedział, a, ją zdziwił fakt że on znał jej imię nikt go nie znał, nikt jej nie znał czuła się czasem jakby była niewidzialna.
- Łatwo, powiedzieć, jestem sama o rodzicach nawet nie wspomnę nigdy ich przy mnie nie było nigdy nie miałam przyjaciół nigdy nie byłam tą lubianą rozumiesz? Nigdy.
Westchnęła, po, czym poczuła że chce mówić dalej co ją naprawdę zdziwiło.
- A, Ty, jesteś taki idealny piękny każdy Cię lubi każdy chce się z Tobą przyjaźnić, każda, dziewczyna chce się z Tobą spotykać masz dobrych kochanych rodziców masz wszystko czego tylko sobie zapragniesz.
Zasłoniła twarz swoimi ciemnymi włosami, on przez chwilę nic nie mówił dookoła panowała taka cisza że ona zaczęła  się zastanawiać czy on w ogóle tu jest.
- Courtney, spójrz, na mnie.
Wyszeptał spokojnie jednak ona się wahała, nagle jednak poczuła jak jego dłoń unosi jej głowę do góry.
- Masz, wiele, zalet z których nawet nie zdajesz sobie sprawy, one są cały czas w Tobie, musisz tylko w nie uwierzyć.
Patrzyła cały czas na niego nie potrafiła nic na to odpowiedzieć, jednak poczuła nagle delikatny dotyk jego dłoni coś jakby dotyk słońca, jej dłonie zawsze były takie zimne.
- No, ale, dość przynudzania mamy imprezę zamiast się tym cieszyć i bawić my siedzimy tutaj i marźniemy może miast tego znajdziemy sobie lepszą rozrywkę na przykład może.., zatańczymy?
Powiedział pytająco.
- Tak, to, dobry pomysł.
Opowiedziała a on wstał pociągając ją delikatni za sobą cały czas trzymał jej dłoń wolny utwór leciał było to ,, Flightless bird, American mouth’’, z bardzo dobrze znanej każdemu człowiekowi chodzącemu chyba po tej ziemi sagi o wampirach i wilkołakach.
Objął, ją, w talii tak delikatnia a zarazem tak pewnie i przyjemnie stał przy niej tak blisko objęła go dłońmi nieśmiało za szyję i splotła je ze sobą po czym zaczęła się delikatnie poruszać wraz z nim w rytm powolnej, spokojniej muzyki uwielbiała tą piosenkę była taka magiczna.
Słyszała, jak każdy zaczął coś szeptać na ich temat, no, dobra nie oszukujmy się na jej temat ,, On z nią’’, ,, Fuu to obrzydliwe’’, .. Wygląda jakby wyskoczyła ze śmietnika’’, ,, On powinien tańczyć ze mną’’ ,, On jest mój’’ ,, Jaka z niej skończona dzi**a’’
Słysząc, to, wszystko, trochę posmutniała i spuściła swoje spojrzenie, natomiast on ponownie je uniósł.
- Nie, słuchaj, to jest Twój wieczór i to Ty tutaj jesteś najpiękniejsza.
Spojrzała, na, niego uważnie wzruszyła się łzy szczęścia ciekły po jej policzkach wtuliła się bardziej w jego ramiona.
- Ross..
- Tak?
- To, jest, nasz wieczór.
Powiedziała, szeptem, zdecydowanie.
- Tak, masz, rację to nasz wieczór tylko nasz.
Przytuliła się ponownie do niego.
To, był, jej, wieczór ich wieczór ona była dla niego piękna, najpiękniejsza, choć, on i tak był najpiękniejszy był ideałem, którego los stworzył by mógł uszczęśliwić taką szarą myszkę jaką była ona, on był jej tylko jej czuła się naprawdę szczęśliwa.


17 kwietnia 2015 roku.

Wszedł, do, środka czuł na sobie wzrok ludzi a inni dobiegali do niego zatroskani pytali jak się czuje wszyscy byli tacy mili nawet Ellington który z początku ho nie lubił zazdrościł mu tej popularności i tego że każdy go tak uwielbia i wielbi  jednak Ross nawet tego nie zauważał.
Zadzwonił, dzwonek przyszła nauczycielka jak i inni nauczyciele i wszyscy zaczęli wchodzić do klas ostatnia jednak wbiegła zdyszana Laura, pamiętał jak zawsze przed tym wszystkim chodzili razem do szkoły tylko inną drogą niż tą którą chodził z Courtney, potem, podczas obecności Courtney zupełnie o niej zapomniał spojrzał w jej kierunku był pewien że ta jest na niego zła na to wszystko jednak okazało się że wręcz przeciwnie podbiegła do niego i na forum całej klasy przytuliła go obejmując za szyję wyszeptała mu do ucha.
- Jak, tam, maleńki tęskniła wiesz bardzo mój Ty tygrysku.
Pogładziła go po jego blond włosach zawsze to robiła kiedyś on to bardzo lubił jednak z czasem i o tym zapomniał, słowo ‘’ Tygrysek’’, jednak pamiętał bardzo dobrze, ona go tak nazywała twierdziła że jest małym, skocznym, uroczym, pięknym, tygryskiem.
Tak, narodziła, się ich paczka gdy jeszcze nie było Courtney.
Tygrysek, Rudzielec, Lusia, i Mufinka.
Mufinka, była, to przyjaciółka Laury która przez pewien okres czasu było to chyba jeszcze w gimnazjum codziennie przynosiła do szkoły mufinki, z różnymi, nadzieniami w środku dla wszystkich.
- A, żeby, poczekać na mnie to już nie łaska?
Wbiegła, zdyszana, jakby przebiegła maraton.
Laura, nawet nie zwróciła na nią uwagi cały czas mocno przytulała Rossa który stał trochę sztywno dopiero nauczycielka  ich uspokoiła.
- Cieszymy, się, że Ross jest z nami ale bardzo chciałabym byście wszyscy zajęli już swoje miejsca chciałabym rozpocząć lekcję, Ross, gdybyś czegoś potrzebował to mów jeśli chodzi, o nadrobienie, zaległego materiału to jestem pewna że dasz sobie radę, ale gdybyś chciał porozmawiać to wiedz że jestem tu wszyscy jesteśmy masz wielu przyjaciół oni są tutaj z Tobą jestem pewna że wszystko Ci się uda i będzie dobrze.
Powiedziała, nauczycielka, a Laura niechętnie puściła Rossa, po czym gdy zapytała czy chce z nią usiąść zaprzeczył, mówiąc że umówił się że usiądzie z Calumem na co ten spojrzał na Laurę z wyższością.
Ross, spojrzał, w kierunku swojego starego miejsca w ostatniej ławce po prawej przy oknie gdzie najpierw siedział z Calumem, czasem z Laurą, czasem z Raini potem cały czas z Courtney, patrzył na to miejsce po czym spuścił wzrok.
A gdy go uniósł z powroem na to miejsce, aż się, zatrzymał gwałtownie ona na nim siedziała siedziała na nim Courtney i uśmiechała się do niego wyglądała tak pięknie, z jego policzków zaczęły spływać łzy, z uśmiechem podszedł do niej.
- Courtney, jesteś, tu jak to, Courtney moja Courtney.
Ona natomiast nic nie odpowiedziała i wyciągnęła do niego delikatnie swoją drobną dłoń.
- Bardzo, za, Tobą tęsknię Skarbie.
Wyszeptała a jej uśmiech powoli zaczyna znikać a po policzkach pociekły zimne łzy.
- Jestem, tu.., Myszko.
Uśmiechnął się  do niej.
- Wiem, nie, pozwól by ktoś nas rozdzielił nie pozwól by ktoś nas poróżnił Kochanie.
Powiedziała, przysuwając, się, do niego po czym nagle ktoś klepnął go w ramię niechętnie obejrzał się za siebie.
- Ross, co, Ty wyprawiasz, dobrze, się czujesz?
Zapytał Calum a cała klasa łącznie z nauczycielką patrzyli się na niego.
- Tak, to, Courtney ona tu jest jest tutaj wróciła Courtney.
Powiedział, z radością, w swoim głosie.
- Gdzie, Ross, nikogo tu nie m Courtney tu nie ma.
Powiedział, Calum, naprawdę zmartwiony zachowaniem swojego przyjaciela.
- Tutaj, siedzi, przecież.
Powiedział, Ross, i wrócił wzrokiem na krzesło na którym siedziała Courtney, jednak, ono było puste poczuł jakby cały świat mu znowu rnął.
- Ale.., ale.. al.., była tu była siedziała tu mówiła do mnie ona tu była Courtney tu była.
Zaczął, drżącym, głosem nie panował nad sobą cały się trząsł do niego podeszła nauczycielka.
- Ross, spokojnie, chodź zadzwonię po Twoją mamę nie jesteś jeszcze gotowy na szkołę.
Ross, wstał, niechętnie i poszedł z nauczycielką cała klasa patrzyła na niego Laura aż zapłakała.
- Ona, tu, była.
Powiedział do nauczycielki.
- Wiem, Ross, wiem  że za nią tęsknisz ale nie ma jej tu.
Ruszyli, pustym, korytarzem, trwały lekcje.

Usiadła, z, powrotem przy tym samym biurku jego biurku była zła że im przerwano, wzięła, kartkę która była pod biurku na półeczce obok różnych filmów, i potem sięgnęła po długopis, nie chciała się tak łatwo poddać.
Wzięła, i, nachyliła się nad kartką pozwalając by jej zimne niczym sople lodu włosy opadły na nią i napisała.
‘’ Tęsknię, za, Tobą tak bardzo Cię kocham Skarbie jesteś moim Słońcem, bez którego po prostu zamarzam i zamieniam się w jeden wielki, zimny sopel lody’’.
Położyła, kartkę, na biurku i jeszcze przez parę chwil wpatrywała się w ich wspólne zdjęcie i zdjęła je odkładając pinezkę po lewej stronie biurka po czym położyła je blisko kartki, z uśmiechem, po czym wyjrzała przez okno słysząc dźwięk parkującego auta, to Ross, z mamą.
Zniknęła.

Komentując, Kochani, zachęcacie do dalszego pisania.
Laura ( Liv).