niedziela, 2 października 2016

Rozdział 6 Kryjówka.


Cześć kochani, w sumie to wiem, że nikt mi już tutaj nie pozostał, ale mimo wszystko chcę dokończyć swoje opowiadanie, nawet dla samej siebie.
Jeśli ktoś tu jest to dajcie znać, kolejny rozdział przygód Rossa i Courtney.
Zapraszam




‘’Kiedy miałem siedem lat.Moja mama powiedziała mi, idź, znajdź sobie jakichś przyjaciół, albo będziesz samotny, kiedy miałem siedem lat. To był duży, duży świat, ale myśleliśmy że byliśmy więksi, popychając siebie nawzajem do granic możliwości..’’



Rozdział 6

Uniósł, swoje brwi, do góry. Ucieszył się że, mama mu pozwoliła zostać jeszcze kilka minut samemu, bardzo lubił się bawić na świeżym powietrzu, zwłaszcza w takim miejscu jakim był plac zabaw, położony tuż przy oknach od jego pokoju, może i było to czasami trochę uporczywe, gdy w słoneczne wakacyjne poranki zbierały się dzieci grupkami, i szalały na huśtawkach, ślizgawkach czy też, kręciły się na karuzelach.
Chłopcy, czasami dokuczali dziewczynkom, gdy te przynosiły swoje ukochane lalki i bawiły się udając że są mamami.
On, natomiast bardzo często bawił się sam, nie wiedząc dlaczego nigdy nie miał odwagi podejść do żadnego z chłopców i razem z nim robić wyścigi samochodzikami, może po prostu dla tego że czuł że to go nie interesuje, sam w domu miał kilka samochodzików które zdążyły już się porządnie zakurzyć z powodu nie użytkowania.
Westchnął i odruchowo zmarszczył, swój drobny, malutki nosek zostały dwie minuty, mama zaraz zacznie go wołać na kolację, już widział jak wygląda zza okna i macha mu, by wracał jednak ten, odwrócił jedynie głowę i ruszył w inną stronę.
Zatrzymał się dopiero przy piaskownicy, gdzie leżało coś różowego.
Podszedł powoli i uklęknął na ciepłym piasku, pluszak. Pluszowy, prosiaczek ale, co on tutaj robi tak zupełnie sam?
- Zgrubiłeś się malutki?
Uśmiechnął się i wziął go swoimi, rączkami i otrzepał z piasku a potem przytulił.
- Mogę się Tobą zaopiekować jeśli chcesz.
Powiedział.
- Mama, zaraz daje kolacje i myślę, że nie zrobi kłopotu jeśli będziemy mieli jeszcze jednego gościa.
Pogładził, małego pluszowego, prosiaczka za uszkiem.
- A co Ty, tutaj, robisz z moim Prosiaczkiem?
Usłyszał, zza swoich, pleców odwrócił się i ujrzał troszkę wyższego niż on  sam chłopczyka o rudawych, troszeczkę rozczochranych włosach.
- Ja, ja.., myślałem że ktoś go tutaj zostawił.
Rudzielec, przez chwilę się nie odzywał, tylko wpatrywał się w twarzyczkę, mniejszego kolegi który trzymał kurczowo pluszaka. Nagle jednak ten odłożył go, tuż przy jego nogach i wstał, jednak zanim zdążył zrobić krok, poczuł jak rudy chłopczyk łapie go za dłoń.
- Czekaj.
Powiedział.
- Jak, chcesz to możesz, jak chcesz to możesz go sobie wziąć.
Wyszeptał.
- Co, ale, dlaczego chcesz mi go oddać, przecież, przecież on jest Twój.
Zanim, chłopczyk zdążył coś powiedzieć, tamten wyrwał się.
- Moja mama idzie, muszę już iść.
Szepnął ale rudzielec, uchwycił jego, rączkę i łapkę pluszaczka ciągnąc w głąb pobliskiego lasu, niewielkiego z kilkoma drzewami.
- Ej, ej, co Ty wyprawiasz puszczaj mnie.
Wypiszczał, mniejszy chłopczyk, patrząc na piegowatego, jak na zbuja.
-  Ciss..

Piegowaty, zasłonił małemu usta dłonią i wskazał na jedno z drzew.
- Tam mam swoją kryjówkę, gdy mama każe, mi wcześnie wracać do domu.
Chwycił dłońmi drzewo i wspiął się w dziurę w nim.
- Zwariowałeś? Nie wejdę tam.
Zbuntował się, mały jednak zaraz został wciągnięty do góry przez rudzielca, zastanawiał się skąd, ten piegowaty, nie szczególnie urodziwy chłopczyk ma tyle siły, może był super bohaterem?
Na samą myśl o tym, mały aż klasnął w swoje łapki.
- Jesteś super bohaterem?
Nie wytrzymał w końcu pełen fascynacji.
- Co? Nie, Ty po prostu, jesteś leciutki.
Powiedział rudzielec i zaśmiał  się cichutko ale, potem zaraz spoważniał. Skierował swoje,  błękitne spojrzenie, na przetarte kolano małego.
- Przepraszam.
Powiedział, wskazując, swoim małym palcem na ranę.
- Co? A, nic, się nie stało.
Odpowiedział mu i uśmiechnął się.
- Stało!
Rudzielec westchnął, musiał go otrzeć gdy, wciągał go na górę do siebie.
- Boli Cię?
Zapytał.
- Nie, nie!
Odpowiedział maluch i sięgnął po małego Prosiaczka.
- Tum, tum, tum, jaki Ty jesteś słodki.
Zaśmiał się a piegowaty chłopak, aż się, wyprostował.
- Co?
Szepnął.
- Co co? Mówiłem do Prosiaczka.
Wskazał tamten na różową główkę, zabawki.
- Aa, poczekaj.
Rudy, nachylił się dziwnie.
- Co? Co Ty wyprawiasz?
Złotowłosy chłopak zmarszczył swoje jasno brązowe brwi i skulił się.
- Słyszałeś że jak się pocałuje skaleczone miejsce, to wtedy, mniej boli?
- Serio?
Mały westchnął, na co rudzielec przytaknął i musnął jakby, ustami skaleczone miejsce, złotowłosego chłopaka.
- Dziwny jesteś.
Szepnął mu i podkulił nogę.
- Czemu?
Rudy niepewnie popatrzył na cukierkową twarzyczkę.
- Nie wiem.
Westchnął.
- Więc, nie jestem.
Odpowiedział, mu, przekonująco.
- Prawda Prosiaczku?
Dodał.
- Teraz, masz nowego opiekuna, bądź dla niego miły i grzeczny, zawsze go słuchaj.
Upomniał rudzielec i pokręcił delikatnie swoim paluszkiem. Na co mały zaśmiał się ale, zanim zdążył coś powiedzieć, usłyszał znajomy głos.


- To moja mama, odkryła Twoje miejsce.
Pisnął, zły.
- To, nasze miejsce.
Rudy chwycił go swoimi dłońmi mocno.
- Nasze miejsce.
Powtórzył mały ale, zanim zdążył się obejrzeć, już był na rękach swojej mamy która coś tam do niego mówiła, coś, krzyczała ale on nie słuchał trzymał kurczowo różowego Prosiaczka w swoich malutkich rączkach.
- Czekaj!
Powiedział Rudy.
- Nawet nie wiem jak masz na imię.
Zawołał, rozpaczliwie, za nim.
- Jestem Ross.
Odkrzyknął a zaraz, po tym, już znikł, rudzielec już go nie widział.
Zadrżał, mu podbródek, w ten charakterystyczny sposób skulił się i zaraz poczuł mokry deszcz spływający z jego oczu.
- Ross..
Powiedział cichutko, Ross, to Ross, to jego Ross,  dlaczego ta głupia mama musiała mu go zabrać teraz, przecież on go lepiej ochroni, ochroni go przed wszystkim. Zawsze będzie go chronił.


20 Kwietnia 2015 roku.

Najpierw, stał jak, wryty i szaleńczo zaczął kręcić głową na boki potem natomiast gdy to do niego dotarło po całym korytarzu rozległ się przeraźliwy, krzyk i płacz. Nikt, nie był w stanie go utrzymać po prostu nikt, wtargnął jak szalony na salę.
- Ross! Ross, słyszysz mnie?! Przestań się zgrywać, to nie jest, śmieszne Ross, Ross błagam Ross błagam otwórz oczy, to ja Calum, błagam nie zostawiaj mnie błagam.
Chwycił jego bezwładną dłoń swoją dłonią ściskając mocno, był oszołomiony, łzy leciały mu z oczu niczym grochy.
Boże, dlaczego on go nie dopilnował, Boże jego maleństwo, nie to nie może być prawda.
Nie, on nie Ross.

Chciał dotknąć, jego, ramienia ale, za każdym, razem gdy próbował to zrobić jego dłoń jakby przez nie przechodziła, sam chciał płakać.
- Courtney, musimy coś z tym zrobić ja nie mogę go tak zostawić.
Mruknął po czym obejrzał się w stronę ciemnowłosej.
- Nic już się nie da zrobić.
Na jej twarzy pojawił się delikatny uśmiech, jakby cieszyło ją przerażenie i żal w oczach ukochanego.
Chwyciła go za dłoń a drugą, wolną ułożyła na jego policzku.
- Ale czy nie tego chciałeś?
Zmusiła go by spojrzał w jej oczy.
- Słucham?
Zmarszczył brwi, do czego ona dążyła.
- Chciałeś umrzeć by być ze mną, prawda?
Oblizała usta koniuszkiem języka po czym niespodziewanie dotknęła jego ust.
Ross poczuł się dziwnie, jej pocałunek go piekł, a nawet parzył.
- Przestań!



Wrzasnął odpychając ją, na co ta wskoczyła na niego coś sycząc, czuł, że traci równowagę. Przewrócił się uderzając głową o podłogę, zapadła cisza.

- Błagam Cię, słyszysz, błagam Cię Ross. Obudź się.
Ujął jego twarz swoimi dłońmi, przez łzy niemal go nie widział, musnął jego policzek.
- Nie możesz mi tego zrobić, nie możesz!
Nagle do Sali wbiegła kobieta o blond włosach z grzywką.
- Boże, moje dziecko, Boże mój synek!
Zaczęła wrzeszczeć jak opętana, Calum opadł na kolana.

Zamrugał kilka razy i odkaszlnął, bo miejsce w którym się znajdował było niesamowicie dziwne, czerwone, było w nim gorąco, dodatkowo poraziło go niesamowicie jasne światło.
- Oszukałaś mnie.
Usłyszał poważny głoś rozchodzący się echem, obejrzał się, zobaczył Courtney.
- Co jest?
Nie usłyszał odpowiedzi.
- Dałem Ci szansę na niebo, a Ty i tak wybrałaś piekło, zabiłaś niewinnego człowieka zamiast pozwolić mu pogodzić się z owym zdarzeniem.
Dziewczyna nieporuszona uniosła dłonie ku górze, z których uwolniła się ciemna, gęsta mgła.
- Courtney!
Krzyknął Ross chcąc ją złapać by przestała, mimo, że czuł się strasznie słabo.
Poparzyła go znowu, opadł tracąc przytomność.
- Trafisz do piekła Courtney, nic dobrego już na Ciebie nie czeka.
Odezwał się głos.
- Nie obchodzi mnie to, Ross jest mój!
Wydarła się kierując się po nieprzytomnego chłopaka.
- On nie może zostać z Tobą, przy Tobie nawet jego duch nie może istnieć, Twoja złość jest zbyt silna.
Dziewczyna zobaczyła ciemność, Ross został wyrwany z jej rąk.

Otworzył szeroko swoje czekoladowe oczy i rozejrzał się dookoła, spuścił nogi na dół i zeskoczył szukając Caluma, wybiegł na korytarz.
- Calum!
Krzyknął do chłopaka na co ten  oniemiał.
- Ross?! Przecież T..
Urwał.
- Nie umarłem, to Courtney to na mnie zabiła.
- Co Ty mówisz?
Ross spojrzał mu w oczy.
- To jej wina, opowiem Ci w domu, o tym jak wygląda piekło i o tym jak..,rozmawiałem z Bogiem, on jest naprawdę spoko wiesz?
Nagle rodzice chłopaka wyszli z Sali, widząc chłopaka na nogach Stormie prawie zemdlała, zaraz zbiegli się lekarze i pielęgniarki.Zdziwieni faktem, że on żyje, Ross żyje!











piątek, 19 lutego 2016

Rozdział 5. Zawsze razem.



Cześć Kochani
Jezu ktoś tu w ogóle jeszcze jest? Pewnie nie.
Słuchajcie, przepraszam Was za tę gigantyczną przerwę od mojego opowiadania, święta, nauka, nauka, nauka i jeszcze raz nauka. Często choruję, i przez to, mam wiele zaległości i potem, muszę to nadrabiać i dlatego też musiałam porzucić na jakiś czas swój bloog, ale, teraz wracam. Błagam powiedzcie że ktoś tu jeszcze jest ? I że, chociaż, jest jedna osoba która czekała i dla której mogłabym to dalej pisać. Proszę, no dobrze, już się nie rozczulam tylko, zabieram, się do roboty no, to, zaczynamy.
Wasza.
Laura (Liv)

,, Jestem tu dla Ciebie, jeśli tylko ci jeszcze zależy. Dotknęłaś mojego serca, dotknęłaś mojej duszy. Zmieniłaś moje życie i wszystkie moje cele. A miłość jest ślepa i wiedziałem to, gdy moje serce było zaślepione przez Ciebie. Całowałem twoje usta i dotykałem Twego policzka
Dzieliłem z Tobą sny, dzieliłem z Tobą łóżko. Znam Cię dobrze, znam Twój zapach. Uzależniłem się od ciebie’’,



Rozdział 5


20 Kwietnia 2015 roku.


Czy można było zamienić się w nicość? Tak po prostu stać się niczym, gdy jeszcze przed sekundą było się ludzką istotą, czy można było się rozpuścić czy to było możliwe, ale jak? Jak to można było racjonalnie wytłumaczyć? Czy naprawdę istnieje możliwość bycia niewidzialnym? I te wszystkie bajki, o wiecznym życiu, o nie czuciu bólu to naprawdę było możliwe? Możliwe było, stanie się, powietrzem?

Nie widział nawet swoich dłoni mimo że próbował nimi machać, próbował się nawet kilka razu uderzyć robił to, z całej swojej siły tak mocno i zamaszyście ale, nie czuł bólu nawet nie czuł uderzenia ani, zupełnie niczego, był jak chmurka.
Nadal był ciemno, żadnej drogi, nikogo próbował krzyknąć ale na marnę, za jego plecami wiał wiatr ale nie wiadomo skąd nie było żadnego okna, czuł jakby za jego plecami stała jakaś zmora czekająca by tylko wpić się w niego i wyssać z niego całą krewo o ile jeszcze ją miał. Zaczął się bać. Ciemny kosmyk włosa odpadł na jego ramię.

24 Listopada 2014 roku.

- Jesteś pewien?
Wyszeptała i automatycznie schowała twarz w swoich długich włosach, zawsze, to robiła gdy ogarniał, ją niepokój albo, stres a przy nim to było tak zawsze. Bardzo się bała, nie jego, tylko tego że go w końcu straci bo przecież kim ona była? Zwykłą nic nie wartą szmatą, wszyscy dookoła jej to wpajali, więc z czasem po prostu w to uwierzyła. Tylko on traktował ją jak księżniczkę, przy nim czuła się bezpieczna dla niego, zrobiłaby wszystko oddała nawet własne życie.
- Tak, rodziców nie ma, pracują, jak zawsze po to by mieć tą swoją ukochaną kasę i wszystkim uświadamiać że to oni są z tej wysokiej ligi a reszta społeczeństwa, to nic nie  warte, śmiecie które kiedyś, zostaną usunięci z powierzchni ziemi.
Westchnął, na jego twarzy, pojawił się grymas wydał delikatnie swoją dolną wargę i dopił wino w lampce do dna.
Wiedział że rodzice go kochają, i nie mógł na to, narzekać ale, dla pracy i swojej posady czasami mu się wydawało że byliby w stanie nawet zabić ale, mniejsza. Nie na tym mieli się skupiać dzisiejszego wieczoru, tylko, na sobie.
Wstał i podszedł do niej uniosła swoje spojrzenie i wyprostowała się na krześle.
- Kochanie, nie mówmy o niczym dzisiaj, dzisiaj my jesteśmy najważniejsi.
Przykucnął przy niej i spojrzał prosto w jej przepiękne, ciemne oczy, chwycił delikatnie jej dłoń i splótł ze sobą ich palce w jedność.
Kiwnęła jedynie głową i ścisnęła jego dłoń tak mocno że wręcz robiła się ona delikatnie sina, nie wiedziała nawet skąd ma tyle siły.
Drugą dłonią pociągnęła go zaraz do siebie za jego białą idealnie opinającą jego, dobrze zbudowane ciało koszulę by zatopić się w jego miękkich, słodkich wargach, tak też zrobiła. To było cudowne, wielbiła go bezgranicznie.
- Chcesz?
Wymruczał jej do ucha i wypuścił w nie ciepłe kojące powietrze.
Przytaknęła, tak bardzo chciała go dotykać.
Jego dłoń była wręcz gorąca, jakby anioł dotykał śmiertelnika, tak się czuła.
Pociągnęła go za szyję do siebie, bardziej i bardziej. Jego dłoń zaczęła dotykać jej dekoltu, wsunął powoli rękę, pod jej czarną krótką sukienkę, ale zamiast poczuć bezpośrednio jej ciało poczuł coś dziwnego, nie był pewny na początku co to w ogóle było, jakaś wiewiórka, nie no dobrze, przesadził ale coś bardzo miękkiego.
Zmarszczył swoje brwi i oderwał usta od jej ust, ona automatycznie odskoczyła na bok, speszona jednak on nadal trzymał za to miękkie coś.
W efekcie, wyciągnął, spory kłębek waty z pod jej sukienki.
Pokręcił delikatnie, swoją, głową, na boki nie wiedział co powiedzieć nagle, ona po prostu wybiegła do łazienki trzaskając za sobą drzwiami.
Jak mogła o tym zapomnieć, jaka, była głupia teraz już na pewno go straciła.


20 Kwietnia 2015 roku.

Dłonie mu się trzęsły, nie mógł oddychać, Boże jak to się mogło stać, no jak? Przecież cały czas go obserwował, każdy jego najmniejszy ruch, jakim cudem go nie dopilnował Boże, jak to się mogło stać?
Kręcił się dookoła, nic prawie nie widział, łzy spływające jak szalone, utrudniały mu wyraźne widzenie, ścigały się jedna za drugą która pierwsza dotrwa do mety, czyli, która pierwsza spadnie z jego policzka.
Trzymali, go już na tej Sali, z dobre pół godziny czasami wychodziła jakaś pielęgniarka ale, nikt nie chciał mu niczego powiedzieć jedyne co mówili to.
‘’ Proszę, czekać’’. Poza tym żadnych więcej ważnych i istotnych informacji na temat zdrowia jego przyjaciela, jego najlepszego przyjaciela, jego najlepszego przyjaciela na zawsze, jego potajemnego kochanka, jego miłości.
Wezwani zostali już, chyba, jego rodzice nie chciał żeby przyjeżdżali chciał być z nim sam, chciał go pierwszy ujrzeć tak bardzo, się bał że zaczną go o wszystko obwiniać, chociaż to była jego wina bo to on go nie dopilnował, chociaż najgorsze byłoby to gdyby zabronili, mu się z nim spotykać, wtedy Calum nie miałby, już po co żyć, nie miałby po co już istnieć na tym świecie.

24 Listopada 2014 roku.

- Courtney! Courtney kochanie! Courtney skarbie! Courtney Myszko! Proszę Cię uspokój się.
Otworzył bez wahania drzwi, cała się trzęsła, nie spojrzała na niego a wręcz jeszcze bardziej naciągnęła swoje, długie włosy na twarz.
- Courtney spójrz na mnie!
Powiedział, i ujął ją, swoimi silnymi dłońmi za ramiona mocno.
- Jestem zwykłą szmatą, jak mogłam, to zrobić, co ja zrobiłam straciłam Cię nie przeżyję tego rozumiesz? Nie przeżyję!
Zaczęła, krzyczeć, wręcz krztusiła się przez łzy.
- Nie straciłaś, Courtney, spokojnie nie straciłaś jestem tu słyszysz?! Jestem tu spójrz na mnie proszę Cię.
Uniósł jej głowę swoimi palcami, tak, że wreszcie była zmuszona na niego spojrzeć w te jego przepiękne czekoladowe oczy. Był taki idealny.
- Courtney, jesteś piękna, rozumiesz to? I nie ma dla mnie znaczenia, to co, zrobiłaś choć nie wiem, dlaczego to, zrobiłaś ale to dla mnie bez znaczenia.
Powiedział cichutko, w, jej uszko i zaraz po tym ucałował jego płatek.
- Nie jestem, tak, piękna jak Laura czy Rydel one mają się czym pochwalić a ja to co.
Pisnęła i złapała się jego za szyję wpijała palce tak mocno mu w kark, że aż, pozostawiła mu na nim czerwone ślady.
- Masz jesteś piękna rozumiesz to? Dla mnie, jesteś, i zawsze będziesz.
Poczuł niewielki ból gdy się tak, w niego, wpijała ale,  to nic. Zaczął całować jej szyję i lizać ją delikatnie swoim językiem.
- Jedynym problemem w tym wszystkim jest to, że tak bardzo Cię pragnę Courtney, rozumiesz to? Bardzo.
Wysyczał i zassał delikatnie, fragment jej, delikatnej skóry na szyi.
- Ross, ja też Cię pragnę, czuję dokładnie to samo a nawet bardziej, masz ciało niczym młody Bóg.
Wyszeptała delikatnie zawstydzona.
On pokręcił jedynie głową, i wsunął z powrotem swoją rękę pod jej czarną sukienkę, tym razem mógł wyczuć pod swoją dłonią jedynie jej pierś bez rzadnej waty czy czegokolwiek innego. Masował ją opuszkami swoich palców.
- Ross..
Wyszeptała.
- Tak?
Zmarszczył delikatnie swoje brwi.
- Zróbmy to, teraz, już.
Wycedziła i czego się zupełnie nie spodziewał dała mu klapsa w jego lewy pośladek i pociągnęła za kołnierzyk koszulki, w stronę jego pokoju.
Płonęła. Oni płonęli.

20 Kwietnia 2015 roku.

Nie mógł się ruszyć, ogarnął go strach którego jakoś, nie czuł wcześniej. Wiedział że coś jest za nim, czuł, zimny nie przyjemny odór, za swoimi plecami.
Nie odwrócił się by to sprawdzić i chociażby, rozwiać swoje, wątpliwości. Stchórzył.
Nie miał pojęcia co się tutaj działo, co się działo, z nim i z tym wszystkim, gdzie był ani czym był, kompletnie niczego już nie czuł.
- Ross..
Jakiś głos oderwał, go z, zamyślenia.
- Ross.
Zaraz, znał ten głos, był taki delikatny i cichutki i charakterystyczny ale, zarazem taki niemożliwy jak on mógł, go w ogóle słyszeć?
Nagle przed jego oczami stanęła ona, miała na sobie, czarną sukienkę ale, nie tą co kiedyś tylko taką inną czarną bez ramiączek z falbankami i cekinami i brokatem.
- Courtney!
Krzyknął.
- Tak, to ja, skarbie, jesteś tu wreszcie.
Powiedziała i przytuliła go, bez większego, wahania w swoje ciało. Czuł ją, czuł że go dotyka, objął ją swoimi dłońmi w ogół talii, mógł to zrobić.
- Courtney, co się, tutaj dzieje? Dlaczego ja Cię widzę? Gdzie my jesteśmy?
Powiedział, delikatnie się od niej odrywając, jednak nie pozwoliła, mu tego zrobić do końca, ułożyła swój, mały palec wskazujący na jego miękkich i ciepłych ustach.
- Jesteśmy, już teraz razem, to nie jest sen,
Wyszeptała cichutko.
- Ale, Courtney, co to jest?
Powiedział, cicho, spoglądając na nią uważnie. Nagle przed nimi, ukazało, się czerwone światło.
- Nasza, wspólna przyszłość, pamiętasz? Mieliśmy plany. Nawet, nie wiesz, jak bardzo się starałam, ile trudu, i ilu osobom zaszłam za skórę by Cię tutaj sprowadzić do siebie, byśmy, w końcu dalej byli razem ale, nie martw się, nie mają do mnie o to żalu.
Powiedziała, do niego, ze spokojem chwyciła mono jego dłoń.
- Courtney, ale, gdzie co to jest, gdzie my jesteśmy?
Nie dawał za wygraną to było, dla niego po prostu, nierealne.
- Tutaj, razem, jesteśmy tutaj możemy być razem, już na zawsze. Przepraszam, że musiałeś, tak długo czekać skarbie.
Pociągnęła go, delikatnie za dłoń.
- Chodźmy.
Wyszeptała, wskazując, swoim palcem na czerwone światło.
- Nie jest tam,  zbyt kolorowo, ale zrobię  wszystko by było nam tam idealnie. Będę Cię chronić nie dam, Cię skrzywdzić, nikomu już nigdy.
Powiedziała.
- Ale czekaj, Courtney, dokąd?
Zaczął, się robić coraz bardziej nie pewny.


24 Listopada 2014 roku.

Czuła  się tak dobrze, nic ją nie bolało, zupełnie nic robił to tak delikatnie i powoli, czuła że cała płonie, błądziła pomiędzy chmurkami delikatności, a gdy przyśpieszał, głośno kryczała jego imię.

20 Kwietnia 2015 roku.

W końcu podbiegł do sali operacyjnej, wyjrzał  w szybę, pielęgniarki biegały, po coś, niezwykle szybko a Ross unosił się i opadał, za pomocą, jakiegoś, takiego dziwnego sprzętu którego Calum nazwy nie znał albo, po prostu nie pamiętał jak to on.
Zaraz, to urządzenie, pamiętał je jednak z jakiegoś filmu, który oglądał, kiedyś tam z Rossem.
To na serce. Zaraz, zaraz, co nie, nie, nie, nie  z Rossa sercem jest przecież wszystko, w porządku, przecież jest z nim wszystko w porządku.
Lekarz, nagle, niespodziewanie podniósł wzrok. Calum, był pewny, że lekarz go wyrzuci, pogoni ten natomiast, jedynie, pokiwał głową na boki z wyrazem twarzy jakby miał się zaraz rozpłakać. Ross jeszcze, raz się uniósł i opadł, ale, jego ciało nawet nie drgnęło a jego oczy, były cały czas zamknięte, jakby sobie po prostu spał.
Pewnie, na pewno, sobie zasnął.
- On, na pewno, sobie zasnął!
Krzyknął, Calum, lekarz westchnął, wyprostował się po czym postanowił spróbować jeszcze ostatni raz.


- Courtney, kocham Cię ale, nie mogę. Nie mogę zostawić Caluma samego i od tak sobie iść, chyba że zadzwonię do niego by poszedł razem z nami.
Powiedział, sięgnął, swoimi dłońmi do kieszeni spodni  ale, jednak nic tam nie było, a zawsze tam trzymał telefon ale, i w jednej i w drugiej było pusto.
- Calum, nie może iść z nami skarbie.
Pogładziła go po włosach, wplatając, w nie swoje drobne palce.
- Dlaczego?
Zapytał.
- Bo, to, jest nasza droga, nasza podróż.
Uśmiechnęła się, ciągnąc go w stronę, tego światła ale, on hamował uparcie.
- Ale, dlaczego? Nie dawał, za wygraną.
Zmarszczył delikatnie swoje brwi.
- Courtney, dlaczego, powiedz mi.
Powiedział, stanowczo, do niej.
- Chcesz wiedzieć, dlaczego, Calum, nie może iść z nami?
Zapytała.
- Tak.
Skinął, delikatnie, swoją głową a ona go pociągnęła w inna zupełnie stronę.
Nagle znaleźli się, w zupełnie, innym przestrzennym miejscu. Kilka osób, było ubranych, w jednolite niebieskie, stroje a jeden, mężczyzna miał na swoich, niebieskich gumowych rękawiczkach, coś czerwonego to chyba była krew.
- Teraz już wiesz?
Powiedziała, cichutko, i schowała, delikatnie twarz w swoich długich, ciemnych włosach.
- Courtney?
Powiedział.
- Tak Ross..
Spojrzała, mu w, oczy i położyła delikatnie swoją dłoń na jego policzku.
- Czy Calum.
Do jego oczu,  napłynęły, łzy które mu utrudniały, normalne, wyraźne widzenie.
- Ross..
Powiedziała, spokojnie, Courtney.
- Co? Boże, Calum, nie Calum, jak?! Calum nie!
Zaczął, panikować i histeryzować.
- Ross..
Courtney, chwyciła, go mocno.
- Co?
Powiedział, przez, łzy.
- Odwróć, się.
Powiedziała, nadal, ze spokojem ale jaby również miała się zaraz rozpłakać.
Ross, mimo, wahań w końcu odwrócił swoją głowę.
Przecież, tam, nie leżał Calum.
Podszedł, bliżej, i omało nie zemdlał, Courtney złapała go mocno.
- Courtney, ale, ale to przecież ja,
Uśmiechnął, się, potrząsając głową zszokowany że wizi sam siebie.
- Tak, Ross.
Pocałowała, go w szyjkę, w ramię w kark i w policzek.
- Courtney, dlaczego, ja Cię czuję i widzę, przecież Ty nie..
Zawahał się, łzy, znowu ciekły z jego policzków jeszcze bardziej obficie niż przed chwilą.
- Tak, Ross, nie żyję, Ty już też nie. Teraz jesteśmy razem, będziemy razem już zawsze.
Stał jak wryty, właśnie patrzył, na swoje własne zwłoki. Co się do cholery stało?