niedziela, 2 października 2016

Rozdział 6 Kryjówka.


Cześć kochani, w sumie to wiem, że nikt mi już tutaj nie pozostał, ale mimo wszystko chcę dokończyć swoje opowiadanie, nawet dla samej siebie.
Jeśli ktoś tu jest to dajcie znać, kolejny rozdział przygód Rossa i Courtney.
Zapraszam




‘’Kiedy miałem siedem lat.Moja mama powiedziała mi, idź, znajdź sobie jakichś przyjaciół, albo będziesz samotny, kiedy miałem siedem lat. To był duży, duży świat, ale myśleliśmy że byliśmy więksi, popychając siebie nawzajem do granic możliwości..’’



Rozdział 6

Uniósł, swoje brwi, do góry. Ucieszył się że, mama mu pozwoliła zostać jeszcze kilka minut samemu, bardzo lubił się bawić na świeżym powietrzu, zwłaszcza w takim miejscu jakim był plac zabaw, położony tuż przy oknach od jego pokoju, może i było to czasami trochę uporczywe, gdy w słoneczne wakacyjne poranki zbierały się dzieci grupkami, i szalały na huśtawkach, ślizgawkach czy też, kręciły się na karuzelach.
Chłopcy, czasami dokuczali dziewczynkom, gdy te przynosiły swoje ukochane lalki i bawiły się udając że są mamami.
On, natomiast bardzo często bawił się sam, nie wiedząc dlaczego nigdy nie miał odwagi podejść do żadnego z chłopców i razem z nim robić wyścigi samochodzikami, może po prostu dla tego że czuł że to go nie interesuje, sam w domu miał kilka samochodzików które zdążyły już się porządnie zakurzyć z powodu nie użytkowania.
Westchnął i odruchowo zmarszczył, swój drobny, malutki nosek zostały dwie minuty, mama zaraz zacznie go wołać na kolację, już widział jak wygląda zza okna i macha mu, by wracał jednak ten, odwrócił jedynie głowę i ruszył w inną stronę.
Zatrzymał się dopiero przy piaskownicy, gdzie leżało coś różowego.
Podszedł powoli i uklęknął na ciepłym piasku, pluszak. Pluszowy, prosiaczek ale, co on tutaj robi tak zupełnie sam?
- Zgrubiłeś się malutki?
Uśmiechnął się i wziął go swoimi, rączkami i otrzepał z piasku a potem przytulił.
- Mogę się Tobą zaopiekować jeśli chcesz.
Powiedział.
- Mama, zaraz daje kolacje i myślę, że nie zrobi kłopotu jeśli będziemy mieli jeszcze jednego gościa.
Pogładził, małego pluszowego, prosiaczka za uszkiem.
- A co Ty, tutaj, robisz z moim Prosiaczkiem?
Usłyszał, zza swoich, pleców odwrócił się i ujrzał troszkę wyższego niż on  sam chłopczyka o rudawych, troszeczkę rozczochranych włosach.
- Ja, ja.., myślałem że ktoś go tutaj zostawił.
Rudzielec, przez chwilę się nie odzywał, tylko wpatrywał się w twarzyczkę, mniejszego kolegi który trzymał kurczowo pluszaka. Nagle jednak ten odłożył go, tuż przy jego nogach i wstał, jednak zanim zdążył zrobić krok, poczuł jak rudy chłopczyk łapie go za dłoń.
- Czekaj.
Powiedział.
- Jak, chcesz to możesz, jak chcesz to możesz go sobie wziąć.
Wyszeptał.
- Co, ale, dlaczego chcesz mi go oddać, przecież, przecież on jest Twój.
Zanim, chłopczyk zdążył coś powiedzieć, tamten wyrwał się.
- Moja mama idzie, muszę już iść.
Szepnął ale rudzielec, uchwycił jego, rączkę i łapkę pluszaczka ciągnąc w głąb pobliskiego lasu, niewielkiego z kilkoma drzewami.
- Ej, ej, co Ty wyprawiasz puszczaj mnie.
Wypiszczał, mniejszy chłopczyk, patrząc na piegowatego, jak na zbuja.
-  Ciss..

Piegowaty, zasłonił małemu usta dłonią i wskazał na jedno z drzew.
- Tam mam swoją kryjówkę, gdy mama każe, mi wcześnie wracać do domu.
Chwycił dłońmi drzewo i wspiął się w dziurę w nim.
- Zwariowałeś? Nie wejdę tam.
Zbuntował się, mały jednak zaraz został wciągnięty do góry przez rudzielca, zastanawiał się skąd, ten piegowaty, nie szczególnie urodziwy chłopczyk ma tyle siły, może był super bohaterem?
Na samą myśl o tym, mały aż klasnął w swoje łapki.
- Jesteś super bohaterem?
Nie wytrzymał w końcu pełen fascynacji.
- Co? Nie, Ty po prostu, jesteś leciutki.
Powiedział rudzielec i zaśmiał  się cichutko ale, potem zaraz spoważniał. Skierował swoje,  błękitne spojrzenie, na przetarte kolano małego.
- Przepraszam.
Powiedział, wskazując, swoim małym palcem na ranę.
- Co? A, nic, się nie stało.
Odpowiedział mu i uśmiechnął się.
- Stało!
Rudzielec westchnął, musiał go otrzeć gdy, wciągał go na górę do siebie.
- Boli Cię?
Zapytał.
- Nie, nie!
Odpowiedział maluch i sięgnął po małego Prosiaczka.
- Tum, tum, tum, jaki Ty jesteś słodki.
Zaśmiał się a piegowaty chłopak, aż się, wyprostował.
- Co?
Szepnął.
- Co co? Mówiłem do Prosiaczka.
Wskazał tamten na różową główkę, zabawki.
- Aa, poczekaj.
Rudy, nachylił się dziwnie.
- Co? Co Ty wyprawiasz?
Złotowłosy chłopak zmarszczył swoje jasno brązowe brwi i skulił się.
- Słyszałeś że jak się pocałuje skaleczone miejsce, to wtedy, mniej boli?
- Serio?
Mały westchnął, na co rudzielec przytaknął i musnął jakby, ustami skaleczone miejsce, złotowłosego chłopaka.
- Dziwny jesteś.
Szepnął mu i podkulił nogę.
- Czemu?
Rudy niepewnie popatrzył na cukierkową twarzyczkę.
- Nie wiem.
Westchnął.
- Więc, nie jestem.
Odpowiedział, mu, przekonująco.
- Prawda Prosiaczku?
Dodał.
- Teraz, masz nowego opiekuna, bądź dla niego miły i grzeczny, zawsze go słuchaj.
Upomniał rudzielec i pokręcił delikatnie swoim paluszkiem. Na co mały zaśmiał się ale, zanim zdążył coś powiedzieć, usłyszał znajomy głos.


- To moja mama, odkryła Twoje miejsce.
Pisnął, zły.
- To, nasze miejsce.
Rudy chwycił go swoimi dłońmi mocno.
- Nasze miejsce.
Powtórzył mały ale, zanim zdążył się obejrzeć, już był na rękach swojej mamy która coś tam do niego mówiła, coś, krzyczała ale on nie słuchał trzymał kurczowo różowego Prosiaczka w swoich malutkich rączkach.
- Czekaj!
Powiedział Rudy.
- Nawet nie wiem jak masz na imię.
Zawołał, rozpaczliwie, za nim.
- Jestem Ross.
Odkrzyknął a zaraz, po tym, już znikł, rudzielec już go nie widział.
Zadrżał, mu podbródek, w ten charakterystyczny sposób skulił się i zaraz poczuł mokry deszcz spływający z jego oczu.
- Ross..
Powiedział cichutko, Ross, to Ross, to jego Ross,  dlaczego ta głupia mama musiała mu go zabrać teraz, przecież on go lepiej ochroni, ochroni go przed wszystkim. Zawsze będzie go chronił.


20 Kwietnia 2015 roku.

Najpierw, stał jak, wryty i szaleńczo zaczął kręcić głową na boki potem natomiast gdy to do niego dotarło po całym korytarzu rozległ się przeraźliwy, krzyk i płacz. Nikt, nie był w stanie go utrzymać po prostu nikt, wtargnął jak szalony na salę.
- Ross! Ross, słyszysz mnie?! Przestań się zgrywać, to nie jest, śmieszne Ross, Ross błagam Ross błagam otwórz oczy, to ja Calum, błagam nie zostawiaj mnie błagam.
Chwycił jego bezwładną dłoń swoją dłonią ściskając mocno, był oszołomiony, łzy leciały mu z oczu niczym grochy.
Boże, dlaczego on go nie dopilnował, Boże jego maleństwo, nie to nie może być prawda.
Nie, on nie Ross.

Chciał dotknąć, jego, ramienia ale, za każdym, razem gdy próbował to zrobić jego dłoń jakby przez nie przechodziła, sam chciał płakać.
- Courtney, musimy coś z tym zrobić ja nie mogę go tak zostawić.
Mruknął po czym obejrzał się w stronę ciemnowłosej.
- Nic już się nie da zrobić.
Na jej twarzy pojawił się delikatny uśmiech, jakby cieszyło ją przerażenie i żal w oczach ukochanego.
Chwyciła go za dłoń a drugą, wolną ułożyła na jego policzku.
- Ale czy nie tego chciałeś?
Zmusiła go by spojrzał w jej oczy.
- Słucham?
Zmarszczył brwi, do czego ona dążyła.
- Chciałeś umrzeć by być ze mną, prawda?
Oblizała usta koniuszkiem języka po czym niespodziewanie dotknęła jego ust.
Ross poczuł się dziwnie, jej pocałunek go piekł, a nawet parzył.
- Przestań!



Wrzasnął odpychając ją, na co ta wskoczyła na niego coś sycząc, czuł, że traci równowagę. Przewrócił się uderzając głową o podłogę, zapadła cisza.

- Błagam Cię, słyszysz, błagam Cię Ross. Obudź się.
Ujął jego twarz swoimi dłońmi, przez łzy niemal go nie widział, musnął jego policzek.
- Nie możesz mi tego zrobić, nie możesz!
Nagle do Sali wbiegła kobieta o blond włosach z grzywką.
- Boże, moje dziecko, Boże mój synek!
Zaczęła wrzeszczeć jak opętana, Calum opadł na kolana.

Zamrugał kilka razy i odkaszlnął, bo miejsce w którym się znajdował było niesamowicie dziwne, czerwone, było w nim gorąco, dodatkowo poraziło go niesamowicie jasne światło.
- Oszukałaś mnie.
Usłyszał poważny głoś rozchodzący się echem, obejrzał się, zobaczył Courtney.
- Co jest?
Nie usłyszał odpowiedzi.
- Dałem Ci szansę na niebo, a Ty i tak wybrałaś piekło, zabiłaś niewinnego człowieka zamiast pozwolić mu pogodzić się z owym zdarzeniem.
Dziewczyna nieporuszona uniosła dłonie ku górze, z których uwolniła się ciemna, gęsta mgła.
- Courtney!
Krzyknął Ross chcąc ją złapać by przestała, mimo, że czuł się strasznie słabo.
Poparzyła go znowu, opadł tracąc przytomność.
- Trafisz do piekła Courtney, nic dobrego już na Ciebie nie czeka.
Odezwał się głos.
- Nie obchodzi mnie to, Ross jest mój!
Wydarła się kierując się po nieprzytomnego chłopaka.
- On nie może zostać z Tobą, przy Tobie nawet jego duch nie może istnieć, Twoja złość jest zbyt silna.
Dziewczyna zobaczyła ciemność, Ross został wyrwany z jej rąk.

Otworzył szeroko swoje czekoladowe oczy i rozejrzał się dookoła, spuścił nogi na dół i zeskoczył szukając Caluma, wybiegł na korytarz.
- Calum!
Krzyknął do chłopaka na co ten  oniemiał.
- Ross?! Przecież T..
Urwał.
- Nie umarłem, to Courtney to na mnie zabiła.
- Co Ty mówisz?
Ross spojrzał mu w oczy.
- To jej wina, opowiem Ci w domu, o tym jak wygląda piekło i o tym jak..,rozmawiałem z Bogiem, on jest naprawdę spoko wiesz?
Nagle rodzice chłopaka wyszli z Sali, widząc chłopaka na nogach Stormie prawie zemdlała, zaraz zbiegli się lekarze i pielęgniarki.Zdziwieni faktem, że on żyje, Ross żyje!











Brak komentarzy:

Prześlij komentarz